Zaufanie

Ostatnio zastanawiałam się, czy można się z kimś przyjaźnić, nie potrafiąc zaufać tej drugiej osobie?

Tak szczerze mówiąc, nie potrafię sobie wyobrazić czego takiego, a jednocześnie mam wrażenie, że właśnie tego typu przyjaźni doświadczam. Dlaczego człowiek mi mówi, że ma wyidealizowaną wizję przyjaźni, chce wymieniać się wszystkim, spędzać razem czas, szukać pocieszenia. A na koniec okazuje się, że gdy rozmawiasz z taką osobą, ona zdaje się nie słuchać, a gdy słucha, to szybko zmienia temat, wyraźnie pokazując, że nie jest zainteresowana. Dodatkowo sama nie potrafi się otworzyć.

Oczywiście wiadomo, że każdy jest inny, że do każdego trzeba podejść na swój sposób, ale dlaczego po wieloletniej znajomości dalej ciężko się otworzyć? Nie mam tego za złe, nie potrafię być mściwa. Ale jaka jest w tym różnica, skoro osoba, którą dajmy na to znam pięć miesięcy wie o mnie więcej i mówi więcej niż domniemana przyjaciółka?

Każdy człowiek ma więcej niż jednego przyjaciela, albo chociaż bliską mu osobę trzecią. Ale czy to nie dziwne, że o kimś z kim rozmawiasz raz na tydzień, albo miesiąc, gdy nie można znaleźć czasu, wiesz więcej?

Czuję się trochę zamieszana… Nie mam tego wrażenia, którego potrzebuje każdy, że mam wokół siebie ochronę, że ktoś mnie wspiera. Mam problem, zmagam się z nim sama. mam hobby, którego nikt nie rozumie, jestem szczęśliwa, ale moje szczęście nie cieszy nikogo.

Obojętność jest gorsza od wrogiego nastawienia, zwłaszcza jeśli doświadczasz jej w relacjach z osobą ci bliską. I jak mam ufać, skoro nikt nie chce zaufać mi?

Czas zaufać [Rozdział VII]

A więc kolejny dzień z mojego życia został zmarnowany. Chciałam iść na przód, ale cały czas byłam blokowana. Pragnęłam mieć kontrolę nad tym, co się dzieje, bo aktualny stan rzeczy sprawiał, że czułam się bezsilna. Nie byłam już tą samą osobą, co wcześniej. Ostatnią rzeczą o jakiej kiedyś myślałam, był smutek. Teraz nawet gdy bardzo chcę, nie potrafię pozbyć się go z wnętrza. Zbudowałam mur i nie mogę sama go zniszczyć, ciężko mi nawet go obejść. Wszystko w co wierzyłam zniknęło w momencie, kiedy zostałam sama. Bez powodu, po prostu z minuty na minutę straciłam przyszłość.

Byłam zła na Kastiela, to było oczywiste. Ale też nie mogłam powiedzieć, że sama nie stanowię problemu. Robię z prostej rzeczy problem, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie walczę z tym, ponieważ nie wiem jak. Pójście naprzód jest trudniejsze niż mogłoby się wydawać, widocznie nie mi jest pisane spokojne życie, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu.

Opadłam ciężko na kanapę z ręcznikiem w ręce. Mimo ciepłej pogody, połączenie mokrej głowy i wiatru sprawiło, że siłą rzeczy zrobiło mi się chłodno w drodze powrotnej do domu. Nie zrobiłam nic, żeby zasłużyć na to co mnie spotyka. Pozbyłabym się chętnie Kastiela, gdybym tylko miała taką moc. Działał mi na nerwy jak nikt inny i wiem, że on zdaje sobie z tego sprawę. Nie ma to jak czerpać radość dzięki drugiej osobie.

Przypominając sobie jego słowa i wyraz twarzy, uderzyłam poduszkę leżącą koło mnie na kanapie.

- Idiota.

- Woah, spokojnie, zamordujesz niewinną rzecz –  słysząc słowa za sobą, podskoczyłam. Nie spodziewałam się teraz gości, a już na pewno nie jego osoby. Miałam ochotę wstać i wypchać go z mojego mieszkania, jednak zmieniłam zdanie i zignorowałam jego obecność, powracając do wycierania sobie głowy, mimo, że moje włosy już tego nie wymagały. Nie miałam ochoty z nim teraz rozmawiać. – Za bardzo się spinasz –  powiedział obojętnym tonem.

Usłyszałam jego kroki, zbliżające się do kuchni. Dźwięk otwieranej lodówki i ponownie kroki. Irytowało mnie to, jak swobodnie czuł się w czyimś domu, zwłaszcza, że bezczelnie się do niego wprosił. Wzięłam głęboki oddech, odłożyłam ręcznik na stolik do kawy i ruszyłam w stronę łazienki. Mijając go, starałam się patrzeć tylko i wyłącznie przed siebie, traktując go tak, jakby nie istniał.

- Wydawało mi się, że mieszkasz w innym miejscu – powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam. Byłam pewna, że odpowie jakąś kąśliwą uwagą, ale on po prostu ruszył za mną. Jakby fakt, że kieruje się z moją osobą do łazienki, był rzeczą naturalną.

Przekroczyłam próg i machnęłam za sobą drzwiami, zatrzaskując je prosto na jego twarzy. Sięgnęłam po suszarkę, leżącą na półeczce przy lustrze i zajęłam się suszeniem włosów.

- Joisan, chciałem tylko porozmawiać, zachowujesz się jak dziecko. – Udałam, że go nie słyszę, niestety jednak byłam w stanie zrozumieć każde słowo, mimo głośnej pracy urządzenia. Nie jestem dzieckiem, ale nad jego osobą mogłabym się zastanowić – Wszystko im wyjaśniłem. – Nadal cisza. Nie chciałam wyjaśnień, pragnęłam spokoju i normalnego życia. Wyjaśnienia czy przeprosiny z jego strony – których zapewne i tak się nie doczekam – nie zmienią kompletnie nic w moim życiu. Możliwe, że gdyby nie pobyt w ich sklepie, miałabym już pracę. Niestety na dzień dzisiejszy mogłam o tym zapomnieć i dopiero jutro mogłam ponownie spróbować. – Wchodzę!

Odwróciłam się w stronę drzwi i skarciłam pod nosem. Nie przekręciłam zamka… Czerwonowłosy wszedł do środka i oparł się o ścianę, robiąc przy tym sztuczną pozę. Kto normalny przywiera do ściany w taki sposób, że wystarczy jeden ruch, żeby go wywrócić? Schował ręce do kieszeni, a jedną nogę uniósł do góry, opierając ją butem o czyste do tej pory kafelki. Na twarzy miał ten swój głupi uśmieszek, jakby chciał pokazać, że dzięki tej idiotycznej minie zyskuje jakąkolwiek wyższość nade mną. Ta jego mina działała na moje nerwy najbardziej.

- Noga ze ściany, bo skończysz ze szmatą w ręce – wskazałam palcem na jego kończynę.

- Nigdy cię nie zrozumiem – powiedział odbijając się nogą od ściany i stając już w normalny sposób.

- I vice versa.

- Jaki jest twój problem? Nie zrobiłem nic złego, a mimo to, gdy na ciebie patrzę mam wrażenie, że gdyby można było zabić wzrokiem, to byłbym już trupem.

- Aktualnie? Ty jesteś problemem. Więc jakbyś mógł, to tam jest wyjście – spojrzałam w stronę korytarza. -  Zaprowadzić, czy dasz sobie radę?  

            Wyłączyłam suszarkę i po prostu wyszłam z pomieszczenia, mijając go podobnie jak przedtem. Widziałam kątem oka, że irytuje go moje zachowanie i o dziwo, sprawiało mi to małą przyjemność. Widząc jego wkurzoną twarz, czułam się lepiej. Wiedziałam w końcu, że to nie tylko ja jestem tą, której nerwy są szarpane.

Mimo iż sprawiał, że czułam się wewnętrznie rozdzierana przez irytację, to nie do końca narzekałam teraz na to, że przyszedł. Skoro już tu jest, to można to wykorzystać i podenerwować człowieka. On i tak wiele tu nie zdziała. Jeśli nawet chce, abym dała mu spokój już z tą całą sprawą i zapomniała o niej – lepiej żeby znajdował się daleko ode mnie. Nawet na tego typu sprawy potrzebowałam czasu. Kwestia tego, ze ten czas wolałabym spędzić sama. Jeśli ja tego nie zmienię, to niczyje słowa nie sprawią, że poczuję się w jakiś sposób weselsza. Radość z zabawy uczuciami nie  należała do najprzyjemniejszych rzeczy.

Nie fakt, że zostałam wykorzystana mnie bolał, ale to, że przez to w mojej głowie pojawiały się na nowo obrazy z mojego poprzedniego związku. Czasami lepiej zapomnieć i nie wracać do czegoś. Szkoda tylko, że jakiekolwiek wspomnienie o powiązaniu do kogokolwiek, sprawiało, że wszystko do mnie wracało. Dziura w moim sercu była nadal świeża i nadal potrzebowałam czasu, na jej zaleczenie.

- Nie ignoruj mnie! – Krzyknął widząc, jak go mijam w taki sposób, jakby nawet go tam nie było.

Nawet nie drgnęłam. Skierowałam się do kuchni i zajęłam przygotowywaniem obiadu. Sama czy nie, ciepłe posiłki jeść trzeba, jeśli chce się zachować zdrowie. Wyciągnęłam z lodówki potrzebne składniki i zajęłam się krojeniem warzyw. Tak jak przewidywałam, Kastiel podążył za mną. Miał strasznie zirytowaną minę, a ja musiałam powstrzymywać siebie od pozbycia się jego osoby w bardziej drastyczny sposób. Spojrzałam na nóż w mojej ręce i automatycznie pokręciłam głową. O czym ty myślisz, dziewczyno, to jest chore. Skończyłam kroić marchew i sięgnęłam po kolejną rzecz.

- Ekhm - odchrząknął, licząc na to, że w końcu zyska moją uwagę. Sięgnęłam po kolejną rzecz. – Ekhhmm! – Powtórzył, tym razem o wiele głośniej. Nie spodziewając się takiego tonu, skierowałam nóż prosto na swój palec. Syknęłam z bólu i upuściłam sztuciec na podłogę. Po pomieszczeniu rozniósł się nieprzyjemny dźwięk stali uderzającej o twardą powierzchnię.

- Dziękuję bardzo. – syknęłam, ściskając palca w drugiej dłoni, aby choć trochę zatamować wypływ krwi. Kastiel automatycznie zerwał się w moim kierunku. Widocznie zrozumiał, że jego obecność wcale mi nie pomaga, widząc jak krew powoli skapuje na powierzchnię blatu. – Idź już stąd – powiedziałam, odsuwając się od niego i podkładając palec pod kran.

Nie posłuchał mnie, co nawet mnie w sumie nie zdziwiło. Nie wiem czy czerpał przyjemność z mojego cierpienia, czy po prostu jest na tyle głupi, że nie rozumie, jak się do niego po ludzku mówi.

- Gdzie trzymasz apteczkę?  - Zapytał, ignorując moje wcześniejsze słowa. Westchnęłam głośno i spojrzałam na niego z gniewem w oczach.

- Idź już do domu.

- Chcę ci tylko pomóc.

- Jak widzisz, twoja obecność tylko mi przeszkadza! – Zamachałam mu ręką przed twarzą, mając nadzieję, że teraz zrozumie.

Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, którego znaczenia nie potrafiłam zrozumieć. Kiwnął tylko potakująco głową i odwrócił się w stronę drzwi prowadzących do wyjścia z kuchni. Podążyłam za nim, chcąc się tylko upewnić, że z całą pewnością opuści moje mieszkanie. Wyciągnął rękę w stronę klamki, ale zanim ją pociągnął, odwrócił się w moim kierunku i spojrzał z zupełnie poważną miną.

- Chciałem tylko przeprosić.

- Jeśli irytowanie drugiej osoby nazywasz przeprosinami, to udało ci się – odpowiedziałam w dość ostry sposób. Nie powiedział już nic, tylko się odwrócił i wyszedł z pomieszczenia. Jak tylko zniknął za drzwiami, przekręciłam zamek. Nie chciałam już żadnych niespodziewanych gości.

Westchnęłam i udałam się do łazienki, żeby wyciągnąć z apteczki bandaż. Owinęłam skaleczonego palca, bez przyglądania mu się zbyt długo. Nie znosiłam widoku krwi. Nie mdlałam co prawda, gdy tylko się pojawiała, jednak wewnętrznie czułam swego rodzaju obrzydzenie.

Po przygotowaniu obiadu i zjedzeniu go, wylądowałam przed telewizorem. Nie było zbyt wiele ciekawych programów do oglądania, ale wszystko lepsze od pozostawiania siebie na pastwę płynących bez przerwy myśli. Nie rozumiałam do końca zamiaru Kastiela. Jeśli naprawdę przyszedł mnie tu przeprosić, to dlaczego zachowywał się w ten sposób? Gdyby jego celem rzeczywiście było spokojne porozmawianie ze mną, to mógł to zrobić w inny sposób. Może na przykład zaczynając od chociaż zapukania do mieszkania. Nikt nie pozwolił mu czuć się tak swobodnie w obcym domu.

Racja był tu nie raz i tez nie raz nocował tu z innymi, ale to były przypadki, kiedy wydawałam imprezy. Kiedy jeszcze byłam w stanie ogarnąć dużą liczbę osób na raz i zachować uśmiech na twarzy.

Skrzywiłam się na kolejne nieprzyjemne przypomnienie pewnej osoby. Gdyby nie on miałabym teraz wszystko. Pracę, pieniądze, szkołę, uśmiech, miłość…  Straciłam to razem z ufnością do siebie. Byłam naiwna, że dałam się tak po prostu wykorzystać. Dałam z siebie wiele, otrzymując w zamian nic. Szkoda tylko, że zależność tą zauważyłam dopiero po fakcie.

Przełączałam właśnie kolejny nudny program, kiedy usłyszałam dzwonek. Odstawiłam pilot na stolik i podeszłam do drzwi. Stały za nimi dziewczyny. Uśmiechnęłam się niepewnie i gestem ręki zaprosiłam do środka.

- Hej, wejdźcie – spojrzały po sobie i pokręciły przecząco głowami. W tym momencie wiedziałam, że coś kombinowały, nie wiedziałam jeszcze tylko co to mogło być. Jednego mogłabym być jednak pewna, jeśli to impreza – to nawet siłą nie uda im się tym razem mnie tam zaciągnąć. A znając je dwie, wszystkie pomysły znajdowały się na liście możliwych.

- Nie przyszłyśmy w odwiedziny, ale po ciebie – odezwała się Iris, mając na twarzy o wiele zbyt miły uśmiech.

- Podziękuję..

- Idziesz z nami, potrzebujesz tego – Violetta złapała mnie pod ramię z jednej strony, a z drugiej stanęła przy mnie Iris. Obie wyciągnęły mnie z mieszkania i zaczęły ciągnąć w stronę schodów. Szarpanie się i próby wytłumaczenia im, że wcale nie wiedzą lepiej co jest teraz dla mnie lepsze, że potrzebuję chwili samotności, a nie szlajania się po mieście, wcale nie dawały efektu.

- To podchodzi pod porwanie, zdajecie sobie z tego sprawę? – powiedziałam zniesmaczona, mając nadzieję, że chociaż to zrobi na nich wrażenie. Oj, jak bardzo się myliłam.

­- Podziękujesz nam jeszcze za to – uśmiechnęła się do mnie fioletowo włosa, uparcie stawiając na swoim.

- Mogę chociaż sama użyć moich nóg? – spojrzałam na nie podirytowana. Automatycznie odkleiły się od moich ramion, upewniając się jednak, że nie odchodzą za daleko od mojej osoby.  – Dziękuję bardzo – poprawiłam sobie ubranie i niechętnie podążyłam za dziewczynami, które bacznie mi się przyglądały. Czułam się co najmniej jak okaz dziwnego zwierzęcia z zoo, które dopiero co zostało odkryte, porwane z naturalnego środowiska i wsadzone za kratki, co by nie mogło uciec.

Prawie całą drogę zachowałam milczenie, nawet nie do końca przykładając uwagę do tego, co do mnie mówiły bądź o czym rozmawiały. Czasem tyko trąciły mnie w ramie, a ja tylko potakiwałam. Iris dawno nie patrzyła na mnie w taki sposób. Była zmartwiona, a ja nie do końca wiedziałam o co jej chodzi. Może i mam teraz zły okres, nawiedzają mnie dziwne humory, ale nadal czuję się w miarę normalnie. Nie chciałam, żeby ktokolwiek użalał się nad moją osobą. To było po prostu zbędne. Sama dam sobie radę, nie potrzebuję pomocy.

- To tutaj –  powiedziała Vii. Spojrzałam w kierunku miejsca, na które patrzyła. Spodziewałam się nieco bardziej szalonego pomysłu, niż to.

- Kawiarenka? Naprawdę? – spojrzałam na nie podejrzliwie. Iris tylko przytaknęła głową i ruszyła przodem.

- Chodź. – Fioletowo-włosa złapała mnie pod ramie i pociągnęła za sobą.

Usiadłyśmy w kącie kawiarni i skupiłyśmy się na czytaniu menu, przyniesionego przez kelnerkę. Nie byłam zainteresowania jedzeniem, w końcu byłam dopiero co po obiedzie. Spojrzałam za okno i skupiłam wzrok na jednym z wejść do budynku, znajdującym się po drugiej stronie ulicy.

- Czy to nie jest sklep chłopaków? – Zapytałam, wskazując w tamtą stronę. Iris podniosła głowę znad karty i przeniosła wzrok na miejsce gdzie wskazywałam, a potem na mnie. Pokiwała twierdząco głową. – Czy wy coś planujecie? – Tym razem Vii się wyprostowała i spojrzała na mnie, nieco zdziwiona pytaniem.

- Planujemy? Nie do końca…

- Nie przekonałaś mnie – zaczęłam stukać palcami o blat, czując się coraz mniej komfortowo.

- Nawet jeśli… To na pewno nie ma to żadnego związku z tamtym miejscem – Vii ruchem głowy wskazała sklep i ponownie skupiła się na czytaniu nazw deserów i napojów.

- Po prostu chcemy z tobą porozmawiać – odezwała się Iris.

- Chyba wolałam już siedzieć w domu w towarzystwie tego wielkiego dziecka – zmarszczyłam nos, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że wypowiedziałam te słowa na głos. Gdybym mogła przewidzieć ich reakcję, upewniłabym się wcześniej, że żadne z niechcianych słów nie opuści moich ust. Poczułam na sobie świdrujące spojrzenia i niechętnie podniosłam wyżej głowę, uśmiechając się do nich niewinnie. Uderzyłam się mentalnie w głowę, żałując, że nie przewidziałam konsekwencji. Rozmowa to jedno, kolejne tłumaczenie się to drugie.

- Kogo masz na myśli?

- Miałaś gościa, jak wyciągnęłyśmy cię z domu?! – Dziewczyny automatycznie zaczęły zadawać pytania. Spojrzałam na Vii spode łba i pokręciłam przecząco głową.

- Nie, nie miałam gościa, gdy wyciągnęłyście mnie z domu.

- Czyli był wcześniej? –  Iris spojrzała znacząco na fioletową, a ja zmieszana nie bardzo wiedziałam co chodzi im po głowie. Nie wiem nawet czy chciałam to wiedzieć. Nie odpowiedziałam na pytanie, tylko zajęłam się przeglądaniem menu, które wyciągnęłam prosto z rąk rudowłosej. – Unikasz odpowiedzi? – Uśmiechnęła się szeroko, a ja po prostu ją zignorowałam.

W tym samym momencie podeszła do nas kelnerka i zapytała, co sobie życzymy. Odetchnęłam z ulgą, dziękując jej za wyczucie czasu. Zamówiłam pierwszą lepszą rzecz, którą wypatrzyły moje oczy w menu i odstawiłam kartę. Po tym, jak dziewczyna przyniosła nasze zamówienia, automatycznie zajęłam się jedzeniem, a raczej bawieniem się nim. Pełny brzuch uniemożliwiał mi spożycie ciastka. Dłubałam właśnie w swoim jabłeczniku, kiedy poczułam na sobie to samo wiercące we mnie spojrzenie, co wcześniej. Podniosłam głowę i spojrzałam na Violettę pytająco.

- Był u ciebie Kastiel, prawda? – Na chwilę wstrzymałam oddech. Czy to było aż tak oczywiste? Przygryzłam dolną wargę licząc na to, że ponownie uda mi się uniknąć tematu. Nie chciałam o nim rozmawiać, choć sama do końca nie znałam powodu. Pokiwałam tylko twierdząco głową i szybko pomyślałam nad zmianą tematu.

- A więc o czym chciałyście dzisiaj rozmawiać? – Mogłam tylko mieć nadzieję, że to podziała i dadzą mi spokój z tą męską wersją Ariel.

- Chcemy wiedzieć co się z tobą dzieje. Nie mówisz nam kompletnie nic od dłuższego czasu. – Vii spojrzała na mnie pytająco i z nutką troski. Racja, unikałam rozmowy, ale to wcale nie znaczyło, że muszą się o mnie martwić. Zaczęłam czuć się winna, że postawiłam je w takiej sytuacji. Może dwa lata to nie jest długa przyjaźń, ale do tej pory naprawdę dzieliłyśmy się wszystkim. Przełknęłam ciężko ślinę i kiwnęłam głową, dając im znać, że chyba jestem gotowa to opowiedzenia co się ze mną działo.

- Od czego mam zacząć? – zapytałam nie bardzo wiedząc o co oprzeć całe wyznanie.

- Od początku najlepiej

- Może od tego, co się stało z tobą i z Erickiem? – Nakierowała mnie Iris, uśmiechając się do mnie zachęcająco. Może one naprawdę miały rację i potrzebowałam tego? Wyrzucenie tego z siebie powinno mi pomóc jakoś pozbyć się nieprzyjemnych myśli. Jak mogłam zapomnieć o tym, że mam dwie wspaniałe przyjaciółki, na których zawsze mogę polegać? Musiałam naprawić to, co zepsułam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Nabrałam sporo powietrza do płuc i zaczęłam im opowiadać o tym, co się stało. Wszystko wróciło do mnie tak, jakby to działo się zaledwie wczoraj.

Usłyszałam dzwonek do drzwi, podeszłam do nich szybkim krokiem i z uśmiechem na ustach zaprosiłam do środka swojego gościa. Zamknęłam za nim drzwi i odwróciłam się przodem do niego. Liczyłam na powitanie w postaci całusa lub czegokolwiek w tym rodzaju, jednak nic takiego się nie stało.

- Hej myszko – uśmiechnął się do mnie, jednak nie był to jego normalny uśmiech. Poczułam jak moje mięśnie automatycznie się spinają. Coś było nie tak i bałam się dowiedzieć o co chodziło. Widzieliśmy się zaledwie wczoraj, zaledwie wczoraj widziałam też jego uroczy uśmiech, w którym byłam tak bardzo zakochana… To wszystko działo się tak niedawno, a ja już tęskniłam za jego rozpromienioną twarzą. Brakowało mi tej iskierki szczęścia w jego oczach, jednak nie dałam po sobie poznać, że wyczułam jakiekolwiek spięcie.

            Zaprowadziłam go do salonu, a sama w tym czasie udałam się do kuchni po herbatę. Wróciłam do niego i podałam mu napój.

- Trzymaj – uśmiechnęłam się, siadając naprzeciwko niego.

- Dziękuję – sięgnął po kubek i od razu odstawił go na stolik. Nie nawiązywał ze mną kontaktu wzrokowego, byłam prawie pewna, że widocznie go unikał. Przełknęłam ciężko ślinę i przyłożyłam kubek do ust, nie chcąc dać mu powodu do martwienia się o mnie. Miałam nadzieję, że po prostu miał gorszy dzień i nic poza tym.

- Czym zawdzięczam ci tą niezapowiedzianą wizytę? – zapytałam, starając się brzmieć jak najbardziej naturalnie, mimo, że czułam jak z sekundy na sekundę moje mięśnie spinały się coraz bardziej, a ja sama zaczynałam się czuć bardzo niepewnie. Nie odpowiedział nic, tylko zaczął się bawić sowimi rękawami. Wiedziałam, że to u niego nerwowy odruch. – Stało się coś? – Zapytałam nie mogąc znieść napięcia, które rosło w przerażającym tempie.

- Nie – powiedział, ale te słowa nie były zbyt przekonujące. Zanim się jednak odezwałam, poprawił się. – Właściwie to… stało się. Z  nami koniec, Joisan. – Spojrzałam na niego tępym wzrokiem. Nie byłam przerażona, nie byłam smutna… Jego zdanie po prostu wydarło ze mnie wszystkie emocje jakie miałam.

- Jak to? – Nawet nie wiedziałam, że mój głos się w tamtym momencie załamał. Nie zwracałam uwagi na nic, prócz jego sylwetki.

- Po prostu koniec – odpowiedział już znacznie pewniejszym tonem. Nie byłam pewna, ale chyba wyczułam w jego głosie nutkę irytacji.

- Zrobiłam coś nie tak?

            Nie odpowiedział. Spojrzał tylko w moim kierunku. Jego oczy były puste, jakby ktoś wyssał z niego życie. To była moja wina, czułam to. Problem w tym, że nie zrobiłam nic, co mogłoby w taki sposób na niego wpłynąć. Nie mogłabym go zranić, bo to bolałoby i mnie samą. Po krótkim kontakcie wzrokowym, jaki nawiązaliśmy, podniósł się i bez słowa skierował w stronę drzwi.

- Czekaj! – wyciągnęłam rękę w jego kierunku, ale mimo mojego błagającego tonu, nie zatrzymał się, ani nawet nie drgnął. – Nie rozumiem… – powiedziałam już o wiele ciszej, pewnie nawet nie słyszał moich słów.

            Usłyszałam tylko, jak drzwi do mieszkania zamykają się z lekkim hukiem. Moje oczy automatycznie wypełniły się łzami. Coś się stało, a ja nie mogłam powiedzieć co. Jednego byłam pewna. Wychodząc z mojego domu upewnił się, aby zabrać ze sobą moje serce. Poczułam się beznadziejnie pusta.

            Minęły tygodnie, a ja nadal czułam się jak chodzący trup. Nie potrafiłam rejestrować rzeczy, które dookoła mnie się działy. Przez swoje zachowanie dostałam wymówienie od szefa, tym samym tracąc nadzieję na rozpoczęcie nauki w najbliższym czasie i zyskując też kolejną wisienkę na torcie mojej rozpaczy.

            To był dla mnie koniec. Zamknęłam się w mieszkaniu, upewniając się, że mój telefon jest stale wyłączony. Jedyny świat jaki teraz miałam to seriale, które oglądałam w telewizji, tanie jedzenie z torebek i moje myśli, które płynęły w taki sposób, jaki tylko chciały.

- Czekaj… Czyli nie wiesz, dlaczego wtedy cię… zostawił? – zapytała Iris, podniosłam na nią wzrok i pokręciłam głową.

- Rozmawiałaś z nim od tamtego czasu? – Zainteresowała się Vii.

- Od tamtego momentu nie widziałam go ani razu. Próbowałam dzwonić, ale nie udało mi się nawet w ten sposób nawiązać kontaktu z jego osobą – obdarzyłam się kwaśnym uśmiechem i zajęłam się dłubaniem widelcem w moim ciastku. Nie chciałam podnosić teraz wzroku. Bałam się, że moje oczy zaszły łzami, a ja nie chciałam być człowiekiem słabym. Chciałam pozostać silna, choć dobrze wiedziałam, że nie do końca mi to wychodziło.

Poczułam jak czyjaś ręka podnosi moją głowę. Spojrzałam na Vii pytająco, a ta uśmiechnęła się tylko do mnie serdecznie. Żadna z nich nie komentowała już więcej moich słów. Byłam im za to wdzięczna, że nie męczyły mnie pytaniami, nie wiem czy byłabym w stanie je znieść.

- Nie martw się i nie zapominaj, że cokolwiek by się nie działo – masz nas. Możesz na nas liczyć – uśmiechnęłam się do nich. Teraz nie czułam się już sama.

- Miałyście racje, potrzebowałam wyrzucić to z siebie. Dziękuję – mimowolnie podniosłam wzrok znad dziewczyn i spojrzałam za nie, widząc, jak kolejni klienci wchodzą do kawiarenki. Gdy jedna z tych osób zatrzymała na mnie swój wzrok, wstrzymałam powietrze. Nie mogłam odciągnąć oczu z jego sylwetki. Przełknęłam ciężko. Dziewczyny spojrzały na mnie pytająco i odwróciły się, żeby spojrzeć w kierunku, w który się wgapiałam pustym wzrokiem.

Stał tam. Z ręką przerzuconą przez drobniejszą postać. Wpatrywał się we mnie w taki sam sposób, jak ja. Akurat teraz, akurat tutaj musiał się zjawić. To był mój pech. Widocznie nie opuścił mnie do tej pory.

- Eric – wydusiłam z siebie, szeptem wypowiadając jego imię. Dziewczyny zareagowały automatycznie.

- Chcesz iść gdzieś indziej? – Zapytała mnie z troską Violetta. Pokiwałam twierdząco głową, urywając kontakt wzrokowy z jego osobą.

- Chcę iść do domu – powiedziałam, ale wiedząc, że tak po prostu mnie tam samej nie zostawią, dodałam – Trzeba zająć się szukaniem pracy, jeśli chcę kiedykolwiek zarobić na studia – uśmiechnęłam się na siłę, mając nadzieję, że przekonam je tym argumentem. Popatrzyły na mnie spode łba, wiedząc, że staram się ode pchać teraz od siebie myśli, które chcąc nie chcąc zaczęły do mnie napływać.

- Jesteś pewna? – wymusiłam kolejny uśmiech.

- Tak jestem pewna, Iris. Wszystko ok, idziemy? – Podniosłam się z kanapy, zostawiłam pieniądze za zamówienie na stole, zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam przodem.

Musiałam dać z siebie wszystko, żeby bez problemu przejść obok Erica. Mijając jego sylwetkę przypadkowo otarłam się o jego dłoń. Czułam, jak moje tętno szybko wzrasta, a jego wzrok ląduje na mnie i przeszywa mnie na wylot. Przygryzłam dolną wargę, podniosłam głowę wyżej, ciągle patrząc przed siebie i wyszłam z budynku, z dziewczynami podążającymi zaraz za mną.

 

Trzy życzenia [Rozdział II]

 

Tego dnia podniesienie się z łóżka było dla Felice wyjątkowo trudne. Nie miała ochoty na oglądanie jakichkolwiek twarzy, nadal mając w głowie obrazy z dnia poprzedniego. Chciała być silna, zapomnieć i móc normalnie dalej funkcjonować. Niestety na chęciach mogło się tylko skończyć. Nikt o zdrowym umyśle nie byłby w stanie wyrzucić czegoś takiego z głowy, jakby tak naprawdę się nic nie wydarzyło.

Miała dzisiaj pracowity poranek, ale na całe szczęście popołudnie mogła już spędzić w mieszkaniu – tylko na to teraz czekała: na koniec swojej zmiany.

Zebrała się powoli z łóżka, opłukała i nałożyła na siebie ubrania. Humor jak humor, ale wyglądać jakoś trzeba, zwłaszcza jeśli pracuje się jako kelnerka w największej kawiarence w mieście. Zadowolona z efektu przygotowań, zabrała swoje rzeczy i spacerkiem udała się do pracy.

Jak na złość, najkrótsza droga na przystanek autobusowy – prowadziła przez park. Mimo wszystko jednak, dziewczyna wybrała drogę naokoło, chcąc uniknąć odtwarzania w wyobraźni wszystkiego tego, co miało miejsce wczorajszej nocy. Niestety samo wspomnienie o tym sprawiło, że automatycznie jej głowa zaczęła ponownie pokazywać jej to, czego była świadkiem. Jak mogła wcześniej nie zauważyć, że była obserwowana przez całą swoją podróż do domu? Teraz, gdy było już po wszystkim – widziała więcej niż wczoraj. Od samych drzwi klubu, aż po park… Ten mężczyzna miał ją na celu cały wieczór, a nie po prostu spotkał ją samotną w parku. Na myśl o tym, że jej osoba przyciągnęła uwagę tego obrzydliwego człowieka, przeszedł ją po plecach zimny dreszcz. Owszem, zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności – musiałaby być ślepa i ubierać się w ubrania z innej epoki, żeby tego nie zauważyć. Sztuczna skromność jest pusta i często gorsza od pychy. Jednak mimo wszystko, nie ubierała się jak ktoś, kto chciałby kusić ludzi dookoła. Znała swoją wartość i myślała, że istnieje coś takiego jak granice. Może ona miała szczęście, jakkolwiek się jej to szczęście nie skończyło, ale co gdyby ktoś inny trafił na tego faceta? Dziewczyna nawet nie chciała sobie tego wyobrażać.

Jej myśli dalej ciągnęły by się w tym samym temacie, jednak przerwał je dźwięk telefonu. Felice wyciągnęła urządzenie z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz.

- Halo?

- Hej, dzwonię żeby się upewnić jak się czujeszusłyszała w słuchawce głos Kentina. Był zmartwiony. Uśmiechnęła się pod nosem, czując, że nie jest całkowicie sama z problemem. Wszystko mogłoby się wydarzyć inaczej gdyby nie on, gdyby nie troska jedynej osoby, której jak do tej pory mogła zaufać w pełni. I pomyśleć, że ludzie mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje. Widocznie nigdy nie trafili na kogoś, kto naprawdę nadawał się na przyjaciela.

- Wszystko w porządku – odpowiedziała szybko, raczej z nawyku niż z serca.

- Nie wszystko w porządku, słyszę, że nie.

- Jakoś daję sobie radę, lepiej? – Zapytała skręcając właśnie w ostatnią ulicę, na której znajdował się przystanek.. – Możemy potem pogadać? Zaraz będzie jechał mój autobus i nie chcę go przegapić.

- Idziesz do pracy? Jesteś pewna?

- Tak, jestem pewna. Jakoś pieniądze trzeba zarobić, prawda?

- Zawsze możesz tam zadzwonić i powiedzieć, że jesteś chora – ciągnął temat, widocznie niezadowolony z tego, że białowłosa nie dała sobie czasu na powrót do codzienności. Każdy potrzebowałby przerwy, nie ważne jak bardzo upierałby się, że jest silny i sobie poradzi. Felice jednak była nieprzeciętnie upartym człowiekiem. Chociażby było bardzo źle, nie pozwoliłaby sobie na całkowite zmarnowanie dnia. Jasne, że było jej ciężko i chętnie zostałaby w łóżku, zamiast pokazywać się ludziom, ale sumienie by jej na to nie pozwoliło. Pozostawanie w cieniu tylko by wzmocniło wszystkie nieprzyjemne uczucia, z którymi się teraz zmagała. Wiedziała o tym, bo już to przeżyła. W podobny sposób straciła matkę. Wtedy myślała, że to koniec, że jej życie nigdy nie wróci do normalności, jednak jakoś jej się udało przetrwać, jakoś odbudowała to, co wcześniej się zawaliło. Została sama, bo wszyscy się od niej poodwracali, ale dała radę. Była silniejsza od pokus i śmierci i na pewno nie chciała tego zmieniać przez kolejne wydarzenia, jakie pojawią się na jej drodze.

- Wiem, nie przejmuj się, to tylko cztery godziny, a pracy wcale trudnej nie mam – odpowiedziała, chcąc jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. Choroba była kuszącą wymówką, której ona wolałaby uniknąć.

- Jak uważasz… Jakby się coś działo, dzwoń.

- Mhm, jakby się działo to zadzwonię, ale szczerze wątpię, aby to było konieczne. Do potem – rozłączyła się, zanim szatyn zdołał jej odpowiedzieć.

Mimo wcześniejszych słów w pracy nie szło jej tak wspaniale, jak się spodziewała. Roznoszenie kawy i ciastek może i nie należało do rzeczy trudnych, ale będąc myślami cały czas gdzie indziej nie ciężko było o potknięcie, zamienienie zamówień i zapominanie o odebraniu pieniędzy od klientów. Prócz tych, którzy wyszli z kawiarenki po darmowym posiłku, większość była niezadowolona z obsługi. Jak zazwyczaj we wczesną porę bywało tutaj wielu klientów, tak tego dnia dało się wyczuć panującą dookoła pustkę. Jeśli w pomieszczeniu znalazło się trzech klientów jednocześnie, to spokojnie można było mówić o wyjątkowym szczęściu.

Białowłosa akurat wycierała talerzyki, znajdujące się na suszarce, kiedy usłyszała głos pracodawcy.

-  Felice, wszystko z tobą dobrze dzisiaj? – mężczyzna spojrzał na nią pytająco. Nie wyglądał jak ktoś, kto troszczyłby się o stan jej zdrowia, ale widocznie też nie był całkiem obojętny. Z resztą komu uciekłby taki szczegół, jeśli traciłby przez niego dochód? – Mylisz zamówienia, ze trzy razy potłukłabyś zastawę, nie wspominając już nawet o tym, że puściłaś dzisiaj kilka osób bez rachunku – dziewczyna spojrzała na swoje ręce, nie chcąc do końca podnosić wzroku.

- To się już nie powtórzy – zapewniła, choć nie do końca sama wierzyła w te słowa.

- No nie wiem – spojrzał za nią z grymasem na twarzy – Spójrz. Kolejna osoba chce, abyś ponownie podeszła do stolika. Mam nadzieję, że po tym na pewno nie popełnisz więcej błędów. Nie chciałbym cię upominać, a tym bardziej zwalniać, bo jak do tej pory nie miałaś problemów.

Felice skarciła się w myślach, jeszcze dwie godziny pracy, a ona już miała dość. Odstawiła wycierany aktualnie talerz, przetarła dłonie o fartuszek i niechętnie skierowała swoje kroki w stronę stolika, do którego była wołana.

- O co chodzi? – zapytała, nawet nie przyglądając się osobie, do której mówiła. Uznała to za rzecz zbędną, jak długo będzie w stanie bez tego rozwiązać problem, który bez wątpienia sama stworzyła.

- Mogłabyś mi powiedzieć, co zamówiłem? – odezwał się chłopak. Białowłosa wyjęła notesik, który trzymała w kieszeni fartuszka, przewertowała go do ostatniej zapisanej strony i spojrzała na notatkę.

- Jabłecznik i kawa espresso – odpowiedziała takim tonem, jakby to było bardzo oczywiste. Usłyszała głośne westchnięcie, zanim rozmówca ponownie się odezwał.

- Jesteś tego pewna? Bo ja… –  Nie usłyszała jakie były jego kolejne słowa. Stała jak zamurowana, gdy wydarzenia z tamtego dnia wróciły do niej z taką intensywnością, jakby właśnie teraz ponownie stała w tym samym miejscu i rozmawiała z tymi samymi policjantami.

Nie byli zadowoleni z tego, co zastali. Dookoła zrobił się szum, było znacznie jaśniej, niż w chwili, gdy zdarzył się wypadek. Flesze aparatów uderzały światłem w oczy dziewczyny, zmuszając ją do nader częstego mrugania, co spowodowało, że jej już załzawione wcześniej oczy, stały się jeszcze bardziej wilgotne.

Dziewczyna nie odpowiedziała na pytanie funkcjonariusza. Była oszołomiona tym wszystkim. Zamiast niej odezwał się natomiast Kentin, chcąc jakoś uratować sytuację.

- Było tak jak panu powiedziałem. Wracała z imprezy, ten mężczyzna szedł za nią. Gdyby nie fakt, że po nią wyszedłem, skrzywdziłby ją. Jak tylko ją znalazłem on się podniósł i chciał uciekać, nie widział jednak przeszkody na drodze, więc się potknął. Zaraz po tym zadzwoniliśmy po was – chłopak opowiedział wszystko jeszcze raz, omijając zbędne szczegóły. Policjant jednak nie wydawał się usatysfakcjonowany jego opowieścią. To byłoby zbyt piękne, gdyby prawie zgwałcona dziewczyna została uratowana przez wypadek.

- Nie pytałem ciebie o opinię, ale jej – ruchem ręki wskazał na białowłosą, która dopiero po tych słowach ocknęła się z zamyślenia. Spojrzała na niego pytająco, jakby chciała, aby powtórzył to co mówił. – Pytałem, czy było tak, jak przedstawił to pani kolega?

- Ttak. Tak było. To był przypadek, ja nie chciałam mu nic zrobić – odpowiedziała zmieszana. Kentin trącił ją ramieniem, dając do zrozumienia, że nie powinna mówić w ten sposób. Ona nie zawiniła, a tłumaczenie się zwykłemu człowiekowi w taki sposób, jakby mówienie o wyjątkowych umiejętnościach było naturalne dla społeczeństwa, było błędem. Funkcjonariusz uniósł brwi do góry, wyczuwając, że za całą tą sprawą kryje się o wiele więcej.

- A więc twierdzi pani, że to przez panią poszkodowany ucierpiał. Dobrze zrozumiałem? – Felice otworzyła szerzej oczy i zaprzeczyła szybkim ruchem głowy.

- Nie… On się potknął, nic nie zrobiłam. Leżałam wtedy nadal na trawniku. – Mężczyzna pokręcił nosem, niezadowolony z kolejnej odpowiedzi.

- Tak było – potwierdził szybko Kentin, licząc na to, że w końcu uwierzą w ich wersję, Śmieszne, że człowiek, który jest naprawdę ofiarą – cierpi bardziej niż napastnik. Czasami prawo bywało niesprawiedliwe.

- Ekhem. W każdym razie musimy sprawdzić waszą trzeźwość i możliwe, że będziecie jeszcze wzywani na kolejne przesłuchania. Aż do całkowitego wyjaśnienia się sprawy. – Mięśnie dziewczyny spięły się na myśl o możliwych wizytach na posterunku i w sądzie. Ostatnie czego chciała to wylądować za kratkami bądź w wariatkowie, jeśli niechcący wydałaby się jej tajemnica.

- Halo? Słyszysz mnie? – chłopak siedzący przy stoliku poruszył się, wyraźnie zirytowany zachowaniem dziewczyny. – Felice? – Wyciągnął rękę, potrząsając delikatnie jej ramieniem. Podskoczyła, wyrwana jak ze snu. Zamrugała kilkakrotnie i spojrzała na klienta. Była zdziwiona, że ktoś znał jej imię. – Odżyłaś widzę… - zabrał z niej rękę, nieprzyjemnie przełykając ślinę.

Osobą, która siedziała przy stoliku, był Lysander. Znajomy z jej byłej klasy. Był jednym z najbardziej tajemniczych ludzi z jakimi się spotkała i też jednym z najbardziej znanych, w parze ze swoim bratem. Nikt nigdy do końca nie wiedział, co siedziało w jego głowie i momenty podobne do takiego, jaki przeżyła teraz Felice, zdarzały mu się znacznie częściej. Człowiek marzyciel, który skupiał się tylko na pisaniu i grze w zespole, który tworzył ze znajomymi: Kastielem i Nathanielem. I pomyśleć, że z taką nieprzeciętną urodą (nikt nie zaprzeczy, że zarówno on, jak i jego brat – Leo – jest bardzo przystojny) nikt nigdy nie zdołał go do siebie przekonać. W szkole pojawiały się nawet plotki o tym, jak to jest innej orientacji, albo wyznaje sektę, która nie pozwala mu na bliższe znajomości. Człowiek jest chyba w stanie wymyśleć najróżniejsze dziwactwa, żeby tylko ubarwić szarą rzeczywistość.

- Przepraszam, zamyśliłam się –  uśmiechnęła się niepewnie, chcąc jakoś załagodzić całą sytuację.

- Zdążyłem zauważyć, jak przestałaś reagować na to co się do ciebie mówi…

Białowłosa odchrząknęła niekomfortowo. – A więc co zamawiałeś? Zaraz przyniosę ci nowe, na mój koszt – niech już straci te kilka złotych. Za to całe zamieszanie, którego była dzisiaj powodem, wydanie trochę pieniędzy nie będzie miało dla niej żadnego znaczenia. Chłopak jednak pokręcił przecząco głową.

- Niech już będzie to co jest, dawno nie jadłem jabłecznika – uśmiechnął się delikatnie. Może nie wiedział, co siedziało w głowie dziewczyny, ale był świadomy tego, że cokolwiek by to nie było, musiało być poważne, skoro odciągało ją to od normalnego życia aż w takim stopniu. Sam  miewał problemy, więc potrafił zrozumieć chaos, który pojawia się raz na jakiś czas w głowie człowieka. – Możesz wracać spokojnie do pracy. A tu…- wyciągnął portfel i położył pieniądze na stole. – To za zamówienie, reszty nie trzeba.

- Dziękuję – odpowiedziała krótko, odbierając pieniądze. Żeby takich klientów miała dzisiaj więcej… Uśmiechnęła się do niego, wdzięczna za gest i wróciła za ladę.

„Jeszcze tylko dwie godziny. Tylko tyle i będę w domu…”

Trzy życzenia [Rozdział I]

 

Dziewczyna chwiejnym krokiem opuściła budynek klubu i skierowała się w stronę najbliższego przystanku autobusowego. Dzisiaj minęło dokładnie pięć lat, od kiedy mieszkała w tym mieście. Nie czuła upływu czasu, ani nie potrafiła odróżnić przeszłości od teraźniejszości. Jedyne co się zmieniło od kiedy tu jest to fakt, że jako piętnastolatka miała stanowczo mniej widoczne kobiecie kształty i jej włosy nie przypominały kolorem śniegu. Oprócz tego nadal czuła się całkowicie niepasującym do reszty społeczeństwa człowiekiem.

Idąc przez chodnik musiała dokładnie upewnić się, że stawia kroki w podobnych odstępach, aby w następnej sekundzie nie musieć zbierać zębów z ziemi. Nie sądziła, że ten wieczór tak się skończy. Zgodziła się na wyjście tylko pod jednym warunkiem – będzie miała spokojny transport do domu i darmowy alkohol. Szkoda tylko, że jedynie druga część umowy została dotrzymana. Jej tak zwany przyjaciel zabawił się tak dobrze, że zapomniał o towarzystwie Felice i zniknął z klubu jeszcze przed dwunastą z grupą jakiś nowo poznanych ludzi.

Nie miała mu tego za złe. O nie, wcale… Podciągnęła nosem i przetarła go po chwili rękawem. Zbliżała się zima i jej kochany układ odpornościowy chyba zaczął szykować się do snu zimowego, stwierdzając, że jako duża dziewczynka poradzi sobie z zarazkami sama.

Ile by teraz białowłosa dała, żeby znaleźć się już w ciepłym łóżku i przytulić się do poduchy. Niestety to nie było takie łatwe, jakby się wydawało. Miała przed sobą jeszcze pół godziny drogi autobusem. Warknęła niezadowolona, starając się utrzymać oczy otwarte. Doszła w końcu do przystanku i oparła się o jedną z jego ścianek, czekając na pojazd.

Przez swój stan nie zauważyła chłopaka, który cały czas za nią podążał, od kiedy tylko opuściła budynek. Razem z nią także wsiadł do autobusu, upewniając się wcześniej, że na pewno nie wyczuła jego obecności. Nieświadoma niczego Fel usadowiła się przy środkowych drzwiach i opierając głowę o szybę czknęła głośno. W takim stanie to ona już dawno nie była. Uśmiechnęła się sama do siebie, wiedząc, że pijacka czkawka to dla nie rzecz naturalna i niezmiernie zabawna. Dziwny humor, ale każdy ma swoje dziwactwa.

Po nieprzyjemnej podróży, spędzonej na opieraniu się o zimną szybę, wydostała się w końcu z autobusu i powoli skierowała swoje kroki w stronę parku, za którym znajdował się jej dom. Wyciągnęła telefon z kieszeni, z trudem wybierając odpowiedni kontakt na liście. Po kilku sygnałach z drugiej strony dało się słyszeć zaspany głos.

- Halo?

- Hej -chick!- Ken… Jesteś w domu już, śpisz? - zapytała przyjaciela, przy okazji starając się powstrzymać czkawkę, która nijak nie chciała jej opuścić.

- Jak słychać już nie śpięodpowiedział, nie szczędząc sobie nutki niezadowolenia w głosie.

- Bardzo mnie to cieszy. Nie chciało by ci się może wyjść na spacer?

- O tej porze? Fel – zapomnij. ­- niezadowolona z odpowiedzi chłopaka warknęła pod nosem, ale mimo to się nie poddawała.

- Obiecałeś mnie odwieźć do domu z tego co pamiętam – na jej twarzy pojawił się wredny uśmiech. – Powiem ci, że nigdy w tak wygodnym samochodzie nie siedziałam – dobrze wiedziała, że gdy tylko wzbudzi się w nim poczucie winy, automatycznie wzrasta prawdopodobieństwo, że zgodzi się na jej słowa. Szkoda tylko, że ta metoda nie działała za każdym razem. Zwłaszcza, że chłopak cierpiał na wyjątkową nadpobudliwość, ale kiedy przychodziło do spania – mało kto był w stanie wyciągnąć go z wyrka dobrowolnie.

- No widzisz. Tyle szczęścia!… - odpowiedział, nie za bardzo przejmując się faktem, że była skazana na siebie, jeśli chodziło o dzisiejszy powrót do domu. Felice wzruszyła ramionami, jakby to miało jej w czymś teraz pomóc.

- Zawsze warto próbować – dodała, skręcając właśnie w ciemniejszą część parku. Uroki wracania tak późną nocą – światła gasły już o dwunastej, po tym czasie trzeba było uzbroić się w latarkę, bądź odwagę, jeśli musiało się przechodzić przez ciemne uliczki bądź park. Szczerze mówiąc, białowłosej nie robiło to różnicy, czy było ciemno czy nie. Nie tak łatwo było przestraszyć jej osobę. Nawet z wysoko rozwiniętą wyobraźnią, nie cierpiała na problemy związane ze strachem przed duchami, napadem czy jakimkolwiek wydarzeniem, o które mógłby się obawiać inny człowiek.

- Próba nie udana. Dobranoc – usłyszała w odpowiedzi, ale zanim się rozłączył, zapytał o jeszcze jedną rzecz – Daleko jesteś?

- Teraz nagle się interesujesz? - Uniosła swoje brwi do góry. Skoro i tak nie miał zamiaru ruszać dla niej dupy z łóżka, to jakie to miało w ogóle znaczenie?

- Po prostu odpowiedz.-

- Na terenie parku i za… - nie dokończyła, bo ktoś nagle zasłonił jej usta i szarpnął na tyle mocno, że zaskoczona czyjąkolwiek obecnością, upuściła telefon nie kończąc rozmowy.

Próbowała się wyrwać z rąk napastnika, ale mimo starań, nie potrafiła sie uwolnić z jego uścisku. Czuła, że to nie skończy się dobrze. Nieznajomy pociągnął ją za sobą, sposobem trzymając jej ręce tak, aby każde jej szarpnięcie sprawiało ból. Felice przestała się szarpać, czując się bezsilną w tej sytuacji. Nie mogła się ruszyć, ani nic powiedzieć. Po prostu została schwytana, najpewniej przez kogoś, kto miał już doświadczenie związane z tego typu sytuacjami. Przeklęła w myślach, starając się wymyśleć jakiś sposób na ucieczkę. Cały alkohol, który wcześniej wypiła, zdawał się po prostu znikać i trzeźwość wracała do niej, niestety nie tak szybko, jakby tego chciała.

Poczuła, że napastnik najwyraźniej uznał, że znajdują się już wystarczająco w cieniu, ponieważ rzucił nią o ziemię, jakby była czymś w stylu worka na ziemniaki. Białowłosa syknęła z bólu, ale nie chcąc tracić czasu- zignorowała go, starając się odczołgać od mężczyzny, wstać i uciec. Szkoda, że taki piękny plan udał się tylko i wyłącznie w jej głowie.

Nie zdołała odsunąć się nawet na pół metra, kiedy wielkie cielsko przycisnęło ją do gruntu. Był ciężki i jego oddech nieprzyjemnie cuchnął, sprawiając, że Felice zaczęła czuć cofające się jej jedzenie. Splunęła mu w twarz i korzystając z okazji, zaczęła krzyczeć, licząc na to, że w pobliżu znajduje sie ktokolwiek, kto mógłby ja usłyszeć. - Zostaw mnie! Pożał… –  nie dokończyła, bo jego łapa zasłoniła jej usta. Było ciemno, ale mimo to dziewczyna była pewna, że na jego twarzy znajdował się właśnie szeroki i bardzo nieprzyjemny uśmiech, który z całą pewnością nie wskazywał na nic dobrego.

- Słoneczko, to nic strasznego. Jestem pewien, że cię nie zaboli. Będziemy grzeczni, huh? - usłyszała jego niski, przepity głos przy swoim uchu. Walczyła ze sobą, żeby nie zwymiotować na niego i na siebie przy okazji. Była przestraszona, kto by nie był? Ale też nie mogła nazwać tego strachu paraliżującym. Miała broń i doskonale zdawała sobie sprawę z jej istnienia. Problem niestety leżał w tym, że nie chciała jej używać póki nie było to konieczne. Konsekwencje bolały, a ona mimo ogólnej wytrzymałości, była tez tylko człowiekiem i jak każdy człowiek miała sumienie i psychikę, której naruszenie było trudne do zaleczenia.

Kręciła się pod jego ciężarem jak tylko mogła, ale nic nie wskazywało na to, że była bliska uwolnienia się. Ile by teraz dała, by Kentin jednak zjawił się i przepłoszył tego chorego napaleńca. Nie mogła stać się jego ofiarą, nie wybaczyłaby nigdy sobie tego, że nie potrafiła sobie poradzić w takiej sytuacji. Była silniejsza od niego, mogła więcej. Właśnie te słowa powtarzała teraz w myślach.

Czując jak napastnik sięga do jej spodni i rozpina je, poczuła jak wszystkie jej mięśnie sztywnieją. Przez ułamek sekundy nie była w stanie nawet wziąć oddechu, a jej serce na pewno stanęło. Było bardzo źle, ale dopiero teraz dotarło do niej, że jeśli nie sięgnie po broń ostateczną – niewątpliwie ucierpi.

Ugryzła mężczyznę w dłoń, która przez cały czas spoczywała na jej ustach, uniemożliwiając jej wydawanie z siebie żadnego dźwięku. Tak jak tego chciała – odsunął rękę od jej twarzy i jej słowa w końcu mogły ujrzeć światło dzienne. Nie czekała na nic więcej, nie obchodziły jej teraz konsekwencje.

- Chcę, żebyś dał mi spokój! – krzyknęła tak głośno jak tylko było ją na to stać. Minęło zaledwie kilka sekund , gdy do jej uszu dobiegł dźwięk zbliżających się szybko kroków. Napastnik drgnął, słysząc osobą trzecią. Spojrzał na Felice z przerażeniem w oczach. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz chciał była widocznie obecność kogoś niechcianego. Przeklął pod nosem i ponownie przyłożył dłoń do ust białowłosej.

- Dziwka. – wycedził przez zęby i szybko zajął sie rozpinaniem własnych spodni, licząc na to, że uda mu się osiągnąć cel, zanim zostaną znalezieni przez zbliżającą się osobę.

Białowłosa nie odczuwała już natomiast strachu przed jego osobą. Bardziej przejmowała się tym, co miało się tak na prawdę wydarzyć. Zanim zdołała zrozumieć co się dzieje, napastnik, który jeszcze przed chwilą uniemożliwiał jej poruszanie się – uwolnił ją spod swojego ciężaru, lądując ciężko obok niej.

- Wiej stąd, zanim pożałujesz czegokolwiek! – dało się słyszeć wściekły głos jej przyjaciela. Mężczyzna, nie chcąc więcej kłopotów podniósł się z ziemi  i bez zbędnych słów oddał się ucieczce, wiedząc, że dwie osoby mogą więcej niż jedna bezbronna dziewczyna. Los jednak nie pozostał obojętny wobec jego osoby. Podczas biegu potknął się i wylądował twarzą prosto na wystającej z ziemi gałęzi.

Kentin wciągnął powietrze do płuc i w tej same chwili przestał oddychać, patrząc w kierunku jego ciała. Dziewczyna, która nie bardzo wiedziała, co się stało, ponieważ do tej pory leżała nieświadoma na trawniku – podniosła się, widząc przerażoną minę chłopaka i spojrzała w tym samym kierunku.

Jej serce zaczęło bić znacznie szybciej, niż powinno i podobnie jak przyjaciel – wstrzymała oddech.

- To moja wina… Zażyczyłam sobie tego, ja… go zabiłam, prawda? – spojrzała na brązowowłosego, licząc na to, że zaprzeczy jej słowom, jednak ten nie odpowiedział nic, wciąż wpatrując się w to samo miejsce. Czuła strach, o wiele większy niż wcześniej. Już kiedyś przeżyła coś podobnego i nie chciała, aby taka sytuacja się kiedykolwiek powtórzyła. Niestety stało się i nie mogła nic na to poradzić. Była wolna od napastnika, ale za jaką cenę?

Kentin przyciągnął dziewczynę do siebie i przytulił, starając się jakoś ją pocieszyć. Wiedział, że to nie będzie łatwe ani dla niej ani dla jego osoby. - Wszystko się ułoży, zobaczysz –   przeczesał jej włosy dłonią, po czym odsunął ją od siebie i spojrzał na nią przepraszająco. –  Tak czy siak musimy zadzwonić po policję – powiedział całkiem poważnym głosem. Serce dziewczyny znowu stanęło na ułamek sekundy. Wszystko działo się tak szybko… Nie chciała tego, ale nie mogła tego też uniknąć. Kiwnęła głową, zgadzając się z nim i mimo że bolało ją to bardzo, wiedziała, że pozostawienie mężczyzny od tak leżącego w parku prędzej czy później przyniosłoby na nią większe kłopoty.

Schowała twarz, przytulając się do przyjaciela. Gdyby nie on, pewnie sytuacja byłaby teraz o wiele cięższa.

Wyobraźnia vs świat realny

Nie wątpię, że nie tylko ja mam czasem problem z odróżnieniem prawdy od tego, co stworzyłam we własnej głowie. Człowiek chyba ma w sobie tą wrodzoną zdolność, to puszczania wodzy wyobraźni, a potem żałowania, że nie stało się tak jak miało się stać.

Jestem prawie w stu procentach pewna, że nie ma na świecie człowieka, który oczami widział jedno, a mózg mówił mu drugie. Czy to nie śmieszne, kiedy zwykłą rozmowę z kimś potrafimy zmienić na coś, co według naszej opinii ma wielkie znaczenie i kryje za sobą wiele sugestii, naprowadzeń? Ktoś się uśmiechnął do ciebie? – Pewnie cię lubi bardziej! Powiedział cześć jako pierwszy? – To na pewno musi coś znaczyć.

Szkoda tylko, że prawda czasami jest zupełnie inna. Myślimy, że ludzie widzą nas w innym świetle. Gdy nasz mózg coś wie, jesteśmy w pełni przekonani, że jest ludzie zwracają na to uwagę, śmieją się za naszymi plecami. A wcale tak być nie musi.

Każdy, dosłownie każdy, nawet najmilsza osoba – jest egoistą, choć nie do końca może zdawać sobie z tego sprawę. Podświadomie ufamy osobie, która wypytuje nas więcej o nasze życie, niż opowiada o sobie. Czujemy się wtedy potrzebni, znaczący. Fakt ten jednak nie znaczy, że ktoś kto opowiada więcej na swój temat – myśli o nas mniej. To nasza sugestia, która w większości przypadków jest błędna.

Do niedawna żyłam z przekonaniem, że tylko ja mam ze sobą problemy, że widzę coś co nie istnieje i wyolbrzymiam niektóre sprawy z przeszłości, których inni uczestnicy nawet nie pamiętają. Ale to było do niedawna. Wystarczyła mi jedna rozmowa, aby uświadomić sobie, że nie jestem jedyna. Ktoś mi powiedział, że w jego psychice nadal znajduje się coś, co sięga czasów dzieciństwa – to coś dalej ciąży tej osobie na sercu i sprawia, że chwilami może się czuć przytłoczony.

Zabawne jest to ile informacji potrafi zachować nasz mózg. Jeśli kiedykolwiek uważałaś/łeś, że przesadnie przejmujesz się czymś, co tak na dobrą sprawę nie ma znaczenia – wiedz, że nie jesteś sam.

To samo tyczy się uczuć. W końcu wszystko to co dzieje się w koło nas – przechodzi najpierw przez naszą głowę, jest analizowane i często zbytnio ubarwiane przez wyobraźnie.

Dzisiaj doszłam do wniosku, że myślenie o napisaniu listu do kogoś, sprawia, że moje tętno wzrasta. Dlaczego? – Bo raz przebiegła przez moją głowę myśl, że ta osoba mogła czuć się zainteresowana mną. Pojawiło się to raz – zostało. Jestem świadoma, że to nie jest prawdą, ale nie potrafię kontrolować tego, jak zachowuje się mój organizm. On już przyjął niektóre informacje i teraz choćbym chciała, nie potrafię nic na to poradzić.

Fel [tak Ty :D], pewnie teraz mniej więcej rozumiesz co mam na myśli. Prawda, mamy kogoś, kto przykuwa naszą uwagę – każdy tak ma i wcale nie musi to być tylko ta jedna osoba. Tyle, że myślenie o tym przesadnie, nie sprawi, że to zmieni jakość świat realny. Właściwie nie myślenie – to nie szkodzi, ale raczej wyobrażanie sobie przyszłości. To jest dobre, ale może ranić nas samych nieumyślnie. Może uda nam się kiedyś opanować to, co jest zbędne i spróbować otworzyć się na świat, w taki sposób, jakim na prawdę jest. Może kiedyś… Jak na razie nie sądzę, aby ktokolwiek był w stanie opanować swoje reakcje. W końcu większość naszych myśli wędruje bez udziału naszej świadomości.

Świat realny nie połączy się z wyobraźnią, choćbyśmy tego bardzo chcieli. Może wcale nawet nie przypominać tego, co widzieliśmy w głowie, a czasem może być do złudzenia podobne. Wszystko może się tak na dobrą sprawę wydarzyć.

Warto jednak pamiętać, że nasza głowa myśli zbyt wiele i nie zawsze warto kierować się przeczuciem. To co dzieje się dookoła może wskazywać na jedno, a być drugim. Jeśli kiedykolwiek dopadną nas wątpliwości i będziemy posiadali na tyle odwagi, aby porozmawiać o nich z osobą drugą – warto. Rozmowa potrafi wyjaśnić wiele rzeczy i często pokazać co tak na prawdę myślała osoba druga – bez udziału naszej wyobraźni.

Czasem cisza wcale nie musi oznaczać oddalania się od siebie. Czasem kłótnia nie musi przekreślać wszystkiego. Czasem nowe znajomości nie odrzucają starszych. Lata robią swoje, przywiązanie istnieje, a swobodna cisza może tylko pokazać, jak blisko siebie potrafimy być. To nie okoliczności zmieniają relacje międzyludzkie, ale nasze myśli i akcje. A jeśli już raz ktoś do kogoś się przywiązał – nie może tego od tak przekreślić. Cisza jest dobra, jak długo nie puszczamy wolno naszych myśli. :)

Czas zaufać [Rozdział VI]

 

Czasem zastanawiał mnie fakt, dlaczego każdy kolejny dzień musi zaczynać się jednym i wiecznie niezmiennym grymasem, kiedy to z niechęcią uświadamiamy sobie, że czas opuścić nasze bezpieczne posłanie i postawić bezbronne stópki na podłodze, której większość za nas bało się za czasów młodości, głównie z powodu rodziców, dla których wystraszenie dziecka jakimś straszydłem siedzącym pod łóżkiem – było o wiele łatwiejsze niż poświęcenie kilkunastu minut, by uśpić pociechę. No cóż… Mimo, że miałam już te swoje lata, do tej pory nie zapomniałam jak wyobrażałam sobie owego „potwora ze świata podłóżkowych ludków”. Może i nie posiadałam jakiś zdolności artystycznych, ale wyobraźnia działała u mnie zawsze na wysokim poziomie. Już w wieku ośmiu lat potrafiłam wymyślnymi fantazjami wystraszyć połowę znajomych z podwórka… Nic szczególnego, po prostu bawiło mnie to – ale bądźmy szczerzy, śmiechy kończyły się co wieczór, gdy tylko byłam zmuszana z powrotem wdrapywać się w pośpiechu do swojej pierzynowej fortecy.

Przetarłam oczy i wyłączyłam budzik, który zawzięcie próbował mnie wyciągnąć z łóżka swoją marną imitacją dźwięku, jaki wydawał kogut przy wschodzie słońca. Zwlokłam się leniwie z łóżka i zajęłam się poranną toaletą. Wszystko to co wczoraj zaplątało moją rudą głowę zdawało mi się teraz takie odległe. Czułam się jakby przybyła do mnie dobra wróżka i odebrała te wszystkie paskudy co we mnie siedziały. Nawet nie bardzo interesował mnie fakt, czy Lysander dowiedział się w końcu prawdy, czy nie – grunt, że ja wiedziałam, że nic nie zaszło i nawet na to się nie zbierało, więc w czym miałam wcześniej problem? – Nie wiem.

Stanęłam przed lustrem, przyjrzałam się sobie dokładnie i z zadowoleniem stwierdziłam, że z takim ubiorem mogę coś zdziałać. Choćbym miała dzisiaj zostać kelnerką w jakimś mało znanym barze – nie mam zamiaru wracać do domu bez pracy. Sięgnęłam właśnie po szczotkę, aby okiełznać moją czuprynę, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Odłożyłam wcześniej podniesiony przedmiot i wyciągnęłam rękę po komórkę. Na wyświetlaczu pojawił mi się napis „Vii”. Uśmiechnęłam się kącikiem ust, w końcu była dość wczesna godzina, a Violeta do rannych ptaszków nie należała, widocznie musi się dziać coś ciekawego, że tak wcześnie zdarła swoją dupkę z łóżka. Nacisnęłam przycisk „odbierz” i przyłożyłam telefon do ucha.

-Halo?

-Cześć rudzielcu, mam nadzieję, że nie obudziłam. – odezwała się tym swoim przyjemnym głosikiem.

-Nie, nie bardzo. Z resztą to ja powinnam się pytać, co Ciebie tak wcześnie wydarło z pościeli? – usłyszałam jak wypuszcza powietrze z ust, po czym zaśmiała się cicho przez chwile.

-To dobrze, że nie spałaś. Mam trochę spraw do załatwienia, dlatego byłam zmuszona wstać o innej porze niż zwykle.

-Masz na myśli południe?

-Nie przesadzajmy, wcale nie śpię aż do południa – odburknęła, szybko jednak zmieniła ton głosu i kontynuowała. – A w związku z tym co mam załatwić. Potrzebuję twojej pomocy. – zapadła chwila ciszy. Nie wiedziałam na co ona czeka, skoro ma do mnie sprawę to niech od razu mówi, a nie czeka aż ja ją zapytam, o co chodzi. Czasem nie docierał do mnie jej sposób rozumowania.

-No mów, nie przeciągaj, bo całą kasę ci telefon wessie.

-Ekhm, tak. Wybacz.

-Nie przepraszaj, tylko mów – zaśmiałam się cicho.

-Podjechałabyś do mnie i pomogła z obrazami? Mam je zawieźć do chłopaków, tyle, że nie dam rady ich wszystkich zabrać na raz, jeśli ktoś mi nie pomoże. – wszystko rozumiem, ale czemu zadzwoniła właśnie do mnie. Ani to nie moja sprawa, ani nie udzielam się przy strojeniu ich sklepu. Z resztą miałam już swoje zajęcie.

-A któryś z nich nie może ci w tym pomóc? – zapytałam, nie próbując nawet ukryć w głosie tej nutki niezadowolenia.

-Joi, prooooooszę – odpowiedziała tak słodko, że praktycznie miałam przed oczami jej minę z serii: „jestem słodkim pieskiem, jak mnie zignorujesz to zostawię ci niespodziankę w bucie”. Westchnęłam teatralnie.

-Zgoda, będę za piętnaście minut. – już miałam się rozłączać, ale powstrzymałam się w ostatniej chwili – I zrób mi śniadanie, głodna robię się o wiele bardziej nieprzyjemna – usłyszałam cichy śmiech i zaraz po tym połączenie się urwało.

 

~

 

Dojazd do domu Violetty wydał mi się o wiele dłuższy, niż był  w rzeczywistości. Ciągle miałam w głowie tylko jedno – dzisiaj szukam pracy i nie spocznę, póki czegoś interesującego nie znajdę. Chociażbym miała osobiście pytać każdego człowieka, który posiada najdrobniejszą firmę w tym nieprzyjemnym mieście.

Niechętnie zjadłam tosty zrobione przez przyjaciółkę, mimo głodu odczuwałam niechęć to jedzenia tłuściejszych rzeczy niż sałatka, bądź jakieś warzywo na śniadanie. Nie żebym była na jakieś chorej diecie modelki, która zawsze, mimo że i tak wystarczająco przypomina kościotrupa – stara się unikać przyjemności. Nie. Mój organizm po prostu rozleniwiał się, gdy tylko poczuł, że dostał więcej niż powinien. Oprócz kilku tostów zostałam poczęstowana kawą z mlekiem, za co byłam serdecznie wdzięczna dziewczynie, bo marzyłam o kubku kawy od kiedy tylko się obudziłam, jednak akurat dzisiaj nie posiadałam ani ziarenka kawy w domu. Po szybkim śniadaniu zabrałam się z fioletowo-włosą za przygotowywanie obrazów do transportu. Zawijałam kolejne płótno w szary papier, kiedy usłyszałam za sobą głos Violetty.

-Co o nich myślisz? – odwróciłam się, spoglądając na nią pytająco. Dziwne, że nie załapałam od razu o co chodzi. Uśmiechnęłam się nieco zdekoncentrowana i rzuciłam okiem na dzieło. Miałam je w rękach już od jakiegoś czasu, ale nie przykładałam uwagi do tego, co staram się właśnie owinąć.

-Są śliczne. Podziwiam, że chciało ci się je malować, spałaś w ogóle? – odpowiedziałam jej na pytanie, obdarzając ją jednocześnie wzrokiem pełnym szczerego podziwu. Widocznie, mimo, że brakowało w mojej opinii choć odrobiny wyszukanego słownictwa, które tak bardzo lubiła do siebie przyjmować Vii, szczery uśmiech robił swoje. Dziewczyna kiwnęła potwierdzając moje słowa, po czym uniosła głowę lekko do góry, widocznie będąc dumną z efektu swojej pracy.

Ile bym dała, by moc tak jak ona patrzeć na świat przez różowe okulary. Ale nie, ja nie mogłam. Mi potrzeba było stabilizacji i pewności, a robiąc to, czego naprawdę chcę – nie osiągnę wiele. Nie uważam, że nie warto podążać za marzeniami, ale jaki jest sens poddawania się pragnieniom, gdy mogą one zaważyć na całym naszym życiu, a co ważniejsze na jego jakości.

Zabrałyśmy się jakoś ze wszystkimi tobołkami i po nieprzyjemnej podróży ciasnym i przepełnionym ludźmi autobusem, stanęłyśmy przed drzwiami przyszłego sklepu. Może nie wydawał się zbyt wielki z zewnątrz, ale fakt, że nie znajdował się wcale tak daleko od centrum miasta świadczył o tym, że chłopaki musieli się nieźle wykosztować, chcąc wynająć to miejsce.

- No to jesteśmy na miejscu – oznajmiła zadowolona Vii i nie czekając na reakcję z mojej strony, zaczęła kierować się w stronę drzwi. Były otwarte, a do mnie wtedy dotarło, że musiał być tam choć jeden z chłopaków. Mimo, że to całe zamieszanie odstawiłam gdzieś w mojej głowie w ciemny kąt, stwierdzając, że przesadzam i mam ważniejsze rzeczy do martwienia się – nie mogłam od tak po prostu też tam wejść i udawać, że nic kompletnie się nie wydarzyło. Czułam się wykorzystana na rzecz rozbawienia rudzielca z dziwnym poczuciem humoru i jak na złość nic nie mogłam na to poradzić, bo sama się na to zgodziłam. – Idziesz? – Usłyszałam głos Violetty. Widocznie zbyt długo stałam w miejscu i wpatrywałam się w drzwi. Kiwnęłam twierdząco głową i idąc jej śladami – znalazłam się w przyszłym sklepie.

Panował tu kompletny chaos. Ściany na pewno potrzebowały gruntownego malowania, jeśli nawet nie więcej. Podobnie było z podłogą, którą pokrywał aktualnie tylko zakurzony beton. Było tu zimno i brudno, ale jednocześnie dało się wyczuć, że atmosfera w tym miejscu była specyficzna.

Podeszłam do ściany i oparłam o nią obrazy zrobione przez Vii. Nie chciałam siedzieć tu zbyt długo, zwłaszcza, że tak na dobrą sprawę nic nie miałam tu do roboty, ale zanim się ulotniłam chciałam jeszcze przejść się po reszcie pomieszczeń.

- Chodź! Obejrzysz całość – usłyszałam głos Iris i spojrzałam w tamtym kierunku. Jej twarz wychylała się zza jednych z drzwi. Była usmarowana farbą na twarzy i widocznie zadowolona, że pozwolono jej pobawić się w projektantkę wnętrz. Uśmiechnęłam się do siebie mimowolnie i skinęłam głową.

- Właśnie o tym samym pomyślałam. – podeszłam do niej i zajrzałam do środka.

- To będzie pomieszczenie na instrumenty, wystawa będzie oczywiście tam, skąd przed chwilą przyszłaś, a trzecie pomieszczenie będzie biurem, czy coś…- Oznajmiła Iris, ponownie skupiając się na przerwanym wcześniej zajęciu. Ściany ozdabiała kolorem beżowym, a sufit miał odcień raczej czerwony i był właśnie kończony przez Kastiela, stojącego na drabinie z bardzo poważną i skupioną miną.

Widząc, że postanowiłam zjawić się w tym miejscu, spojrzał tylko na chwilę w moim kierunku, rzucił szybkie cześć i ponownie skupił się na zadaniu, starając się nie zostawiać smug od pędzla. On i skupiona mina to było bardzo ciekawe połączenie. Wyglądał co najmniej tak, jakby właśnie starał się przeanalizować jakieś prawdy filozoficzne. Ewentualnie po prostu ja to widziałam w ten sposób.

- Przywiozłyśmy z Joi obrazy, chcecie zobaczyć? – Zza mnie wychyliła się Vii, spoglądając na pracujących z szerokim uśmiechem na twarzy. Oboje odstawili pędzle i podeszli do fioletowowłosej, wyraźnie zaciekawieni efektem jej pracy.

- Jasne, że chcemy to zobaczyć. – odezwał się Kas, jednocześnie wycierając zabrudzone farbą ręce w spodnie. – Masz choć jedną gitarę tam na tym płótnie? – zapytał, świdrując Vii ciekawskim wzrokiem. Zaśmiałam się pod nosem widząc jego minę. Chyba nikomu tak bardzo jak jemu nie świeciły się oczy, gdy mówił o instrumencie, na którym gra. Vii widocznie uznała jego zachowanie, podobnie jak ja, za zabawne, bo uśmiechnęła się szeroko, po czym zachichotała rozbawiona.

- Oczywiście, że mam też gitarę. Powiem ci nawet, że nie jedną – sięgnęła ręką po jeden z obrazów i odwróciła go w naszym kierunku. – Podoba się? – zapytała z dumą, ale i jednocześnie nutką wahania w głosie.

- To jest cudowne! Kiedy to wszystko namalowałaś? – odezwała się Iris, podziwiając dzieło naszej artystki, a potem przenosząc wzrok na resztę opartych o ścianę płócien.

- Dzisiaj. Dokładniej w nocy – uśmiechnęła się niewinnie i sięgnęła po kolejny obraz, pokazując je nam po kolei. Widziałam je już wcześniej tego dnia, ale mimo to nadal nie mogłam się na patrzeć. Talent to jednak coś, czego nie da się od tak wyszlifować, to trzeba mieć we krwi… - Tak się wciągnęłam w to wszystko, ze nie zauważyłam, jak szybko zrobiło się jasno za oknem. – Wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste, że zarywa się nockę z powodu nadmiaru weny i pomysłów do wykorzystania jej.

- Wiesz, że miałaś na to dużo czasu i nie musiałaś tracić snu? – wtrącił Kastiel, dokładnie pokazując niezadowolenie w swoim głosie. Nie byłam przyzwyczajona do tego typu słów wydostających się z ust czerwonowłosego. Raczej rzadko przejmował się stanem innych, jeśli dostawał to na co liczył. A widząc pracę Vii spokojnie można było powiedzieć, że na sto procent spełniła wymagania chłopaków. Widocznie ostatnimi czasy naprawdę zbyt mało czasu spędzam w towarzystwie.

- Wiem… Ale chciałam – uśmiechnęła się do niego, unosząc dumnie głowę. Iris odchrząknęła znacząco i zlustrowała dziewczynę z góry do dołu. Violetta wyczuła, że Iris wyraźnie chciała jej coś przekazać – O co chodzi? -  uniosła jedną brew do góry.

- Już wiem dlaczego wydawało mi się, że wyjątkowo cię dzisiaj nosiło, jak rozmawiałyśmy przez telefon. Rozumiem, że na jednej kawie, przed przyjazdem tutaj, raczej się nie skończyło? – zaplotła ręce na wysokości klatki, starając się zbudować sztucznie napiętą atmosferę. Fioletowa pokręciła głową, a po chwili uniosła do góry rękę, wyciągając trzy palce.- Tak właśnie myślałam­ – zaśmiała się rudowłosa.

- Dobra dziewczyny, koniec tego dobrego zabieramy się za malowanie. Violetta, Joi, pomożecie? – Spojrzałam na Kastiela, który zdążył już wziąć w międzyczasie pędzel do ręki.

- Ja nie bardzo mam czas, muszę jeszcze… – Nie dokończyłam, bo Vii wcięła mi się w pół zdania.

- Pomożemy, oczywiście, że tak. – wtrąciła Violetta, zanim zdążyłam skończyć. Obdarzyłam ją pytającym wzrokiem.

- Vii, wiesz, że dzisiaj mam inne plany…

- Praca nie zając, jeśli jest gdzieś dla ciebie miejsce to nie ucieknie –  odpowiedziała uśmiechając się niewinnie i spoglądając kątem oka w stronę Kastiela. Automatycznie spojrzałam w jego kierunku i ku mojemu zdziwieniu on także się uśmiechał, lustrując ją jednocześnie.

- Dziwnie podejrzanie się dzisiaj zachowujecie – zauważyłam i widocznie nie były to tylko moje przewidzenia, bo Iris potwierdziła moje słowa, kiwając głową.

- Za dużo sobie wyobrażacie – Kastiel automatycznie odwrócił się na pięcie i wrócił do pracy, nagle tracąc ten dziwny zaciesz na twarzy.

- Też tak sądzę – Vii złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę pomieszczenia, które Iris wcześniej nazwała przyszłym biurem. – Pomalujemy to pomieszczenie i będziesz wolna. Twoja pomoc naprawdę się tu przyda. –  Postanowiłam to przemilczeć i po prostu trochę im pomóc. Dobrze wiedziałam, że opór wobec dziewczyny nie miałby większego sensu, bo to małe ruchliwe stworzenie potrafiło więcej, niż by się mogło wydawać.

Violetta podała mi do ręki puszkę z farbą, fartuch i pędzel, po czym zabrałam się za malowanie, chcąc to mieć jak najszybciej za sobą. Nie przepadałam za tego typu pracą, ale chociaż tyle mogłam im pomóc w przygotowaniach, skoro za nic więcej nie potrafiłam się zabrać.

Malowanie nie było moją mocną stroną, ale starałam się, aby efekt mojego wysiłku był w miarę porządny. Kastiel i Iris skończyli malowanie szybciej niż się spodziewałam i przyszli nam pomóc. Jakkolwiek tą pomoc można było nazwać. Rudowłosa zaczęła malować sufit, a Kastiel stwierdził, że potrzebuje przerwy i usadził się na krześle na środku pomieszczenia. W trakcie jak my dawałyśmy z siebie wszystko, on bawił się w najlepsze dyrygując nasze ruchy.  Musiałam ze sobą walczyć, by nie rzucić wszystkiego i nie wyjść ze sklepu. Nie lubiłam, gdy ktoś kierował moimi ruchami, oceniał, krytykował. Chciałam być całkowicie niezależna od innych, wiedząc, że poleganie na drugiej osobie może sprawić więcej problemów niż korzyści. Raz się zawiodłam i więcej nie chciałam powtarzać tego błędu.

Właśnie kończyłam malować ostatnie wolne pasmo na jednej ze ścian, kiedy poczułam za sobą czyjąś obecność. Dobrze wiedziałam, kto to jest, więc po prostu kontynuowałam, ignorując jego osobę.

- Tutaj… – wskazał ręką na część pomalowanej powierzchni ­– …są smugi. Popraw to, bo nieprzyjemnie się będzie nam tu z Lysandrem pracowało. W ogóle nie dbasz o nasz komfort, jak tak można? – powiedział z grymasem na twarzy. Odwróciłam się w jego kierunku i nie myśląc zbyt wiele przejechałam po jego twarzy pedzlem, zostawiając na niej piękny odcień fioletu. Odskoczył ode mnie jak poparzony, a dziewczyny spojrzały na nas jak na dzieci. – Dlaczego to zrobiłaś?! – Krzyknął, przecierając dłońmi oczy. Obdarzył mnie najzimniejszym wzrokiem, na jaki go było stać.

- Oh, po prostu uznałam, że potrzeba tu drobnej poprawki. Wcześniej było trochę krzywo, a teraz… Idealnie~! –  Odpowiedziałam zadowolona, opierając jedną rękę na biodrze i unosząc głowę w geście tryumfu.

Zanim się zorientowałam wyrwał mi pędzel z ręki i wysmarował moje włosy. Zrobiłam kilka kroków do tyłu i spojrzałam na niego w gniewny sposób. Dziewczyny przyglądały się nam tylko z milczeniem.  Kastiel wzruszył ramionami.

- Miałaś rację, z farbą wszystko niedoskonałe wygląda lepiej. Jeszcze trochę na twarz – dodał i już podniósł rękę, żeby mnie usmarować, kiedy inna dłoń złapała go za nadgarstek i powstrzymała. Za nim stał Lysander ze zdziwioną miną, lustrując nasze sylwetki. Wyraźnie było widać, że nie był zadowolony z tego co zobaczył. Sama mu się z resztą nie dziwiłam. Na ten dzień mogłam zapomnieć o jakiejkolwiek rozmowie kwalifikacyjnej, nawet na zmywaku. Nikt nie weźmie na poważnie kogoś kto ma resztki farby we włosach. Przeklęłam pod nosem. Byłam wściekła i nawet nie chciałam się powstrzymywać. Podniosłam się do pionu, poprawiłam ubranie i przykleiłam do twarzy sztuczny uśmiech.

- Cześć Lysander, wybacz zamieszanie, już mnie tu nie ma – powiedziałam krótko i zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. Białowłosy zatrzymał mnie jednak na chwilę.

- Czekaj, nic się nie dzieje. Z resztą nie chcesz chyba wychodzić stąd z farbą na włosach? –  Zatrzymałam się w pół kroku i przytaknęłam. Nawet jeśli nie uda mi się tego doczyścić, to chociaż części koloru chciałabym się pozbyć z siebie.

- Racja, jest tu co takiego jak łazienka? – zapytałam rozglądając się dookoła za dodatkowymi drzwiami. Iris wskazała ręką w kierunku pomieszczenia, które wcześniej malowała.

­- Tam są jeszcze jedne drzwi. Tylko uprzedzam, woda jest zimna

- Przeżyje to jakoś – wtrącił Kastiel, ponownie przecierając swoją twarz z niezadowoleniem. Przewróciłam oczami i poszłam we wskazanym kierunku.

Domycie tego z włosów nie było raczej łatwe. Tym bardziej, że niewyremontowana jeszcze łazienka nie posiadała lustra. Ciężko mi było samej się z tego wyczyścić, więc w końcu dałam za wygraną, jeśli chodzi o wyczesywanie farby palcami i po prostu podłożyłam całą głowę pod strumień wody. Po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz, ale lepsze to niż robienie za klauna w publice. Po dłuższej chwili doszłam do wniosku, że stan moich włosów nie jest już taki tragiczny. Zakręciłam wodę i związałam włosy w kucyk. Dzięki bogu, że jest lato. Jeszcze tylko tego by mi brakowało, żeby się rozchorować i wylądować w łóżku z termometrem pod pachą. Wróciłam do reszty, z zamiarem pożegnania się z nimi.

- Heej, to ja się już będę zbierać. – uśmiechnęłam się delikatnie, czekając na odpowiedź z ich strony. Dziewczyny spojrzały na mnie i przytaknęły głowami, chórkiem odpowiadając: „Cześć, miłego dnia”. Kastiel nie raczył się nawet odwrócić od ściany, tylko uparcie trzymał pędzel w ręku.

- Dziękuję za pomoc, w sumie nawet się nie spodziewałem, że cię tu zastanę –  odezwał się Lysander, delikatnie uśmiechając się w moim kierunku. Zanim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, poczułam, że ktoś przerzucił przeze mnie ramie, przyciągając do siebie. Zdezorientowana i nie spodziewająca się takiego ruchu, dałam się przeciągnąć, przy okazji potykając się o własną nogę. Dzięki bogu nie upadłam.

- Uczynna dziewczyna, nie mam racji? – Lys spojrzał na Kastiela z wielkimi  oczami, znowu robiąc tą dziwną minę, którą widziałam dnia poprzedniego. Szybko dodarło do mnie co tu się dzieje. Zrzuciłam z siebie rękę czerwonowłosego, a obecność reszty osób po prostu zignorowałam, obawiając się ich zaciekawionych spojrzeń.

- Kastiel! – Krzyknęłam na niego. – Chyba coś uzgodniliśmy, prawda?! Miałeś zakończyć tą szopkę.

- Nie unoś się tak. Nic się przecież nie dzieje. – Może i przesadzałam w tym momencie, ale jednego byłam pewna… Nie chciałam, żeby wyszły jakiekolwiek nieporozumienia. Źle się czułam, gdy żarty przybierały podobny obrót spraw. Bolało mnie to, że dla radości jednego, drugi musi się zmuszać.

- Dla ciebie to może nic, dla mnie to jednak dużo. Jeśli szukasz dobrej rozrywki to polecam ci coś innego, bo zabawa ludźmi nie jest odpowiednia. To jest poważna rzecz. –  Odpowiedziałam o wiele spokojniejszym głosem niż się pewnie teraz po mnie spodziewali. Miałam zły humor. Jedyne o czym teraz marzyłam to wrócić do domu i położyć się na kanapie przy jakimś filmie. O wiele lepiej było, gdy spędzałam dzień w łóżku, bo jak do tej pory to wychodziło mi najlepiej. Zwłaszcza po stracie pracy i Erica.

- O co tu chodzi? Nic nie rozumiem – odezwała się całkiem zdezorientowana Iris. Violetta złapała ją za ramię, dając jej znak, że nie powinna raczej teraz wnikać. Uśmiechnęłam się krzywo i sięgnęłam po moją leżącą w kącie torebkę.

- Wydaje mi  się, że Kastiel idealnie ci to wytłumaczy – z tymi słowami odwróciłam się i zniknęłam ze sklepu, kierując się prosto na najbliższy przystanek autobusowy.

Czas zaufać [Rozdział V]

Lysander:

Długo nie mogłem zasnąć. Nie wiem czy zgodzenie się na to, aby ona tu dziś nocowała było dobrym pomysłem. Mogłem wsadzić ją do tego auta, potem bym je wysuszył, ale miałbym wszystko z głowy. Nie powinienem się zgadzać. Ehh… Dlaczego zawsze coś musi pójść nie tak, jak trzeba. Obróciłem się na drugi bok i spróbowałem zamknąć oczy. Słyszałem cichą rozmowę, potem kroki, zmierzające ku łazience. Dlaczego właśnie dzisiaj wszystko wydaje się być takie głośne? Akurat, gdy powinienem się porządnie wyspać… Przymknąłem na siłę oczy i starałem się o niczym nie myśleć, byle by wreszcie przysnąć. Już prawie mi się udało, kiedy usłyszałem krzyk. „Z kim?!”Czyżby Kastiel znowu na siłę próbował ją wkurzyć? Mógłby znaleźć sobie inne hobby, niż wytrącanie ludzi z równowagi.” Westchnąłem i przykryłem się szczelnie kołdrą.

Ze snu wyrwał mnie głośny i dość mocno irytujący dźwięk budzika w telefonie. Odrzuciłem z siebie kołdrę i wstałem, chcąc jak najszybciej znaleźć źródło owego, nieprzyjemnego brzęczenia. W końcu, po przewaleniu wszystkich rzeczy na biurku, dorwałem telefon. Dzisiaj czekało mnie nieco pracy, latania po mieście i załatwienia drobnych spraw.

Kanapa, na której spała Joisan, była całkowicie rozwalona, ale dziewczyny ani śladu. Spojrzałem na wieszak, jej torby też nigdzie nie było widać. Pewnie już wyszła… W sumie to nawet lepiej. Zająłem się robieniem śniadania i posprzątaniem nieco w kuchni, bo znając życie, Kastiel by nawet nie spróbował się za to wziąć. Skończywszy robotę, zjadłem, to co sobie przygotowałem i usiadłem do kawy. Jeszcze przed wyjściem chciałem pogadać z Kastielem, żeby zrobił jakieś zakupy, bo w końcu tu z głodu padniemy. A ja pizzy dzień w dzień jeść nie zamierzam. Wypiłem ostatni łyk kawy i ruszyłem do pokoju czerwonowłosego. Przez szybę w drzwiach dojrzałem ruch, tym lepiej, że nie będę musiał go budzić, bo czasami bywało to dosyć trudne. Nie należał on raczej do rannych ptaszków. Pociągnąłem za klamkę i wszedłem do środka. Kas akurat się ubierał.

-Kastiel, idę pozałatwiać parę spra… – nie dokończyłem, bo kątem oka zauważyłem ruch na łóżku. Para oczu, wpatrywała się teraz we mnie z lekkim przerażeniem. Byłem teraz nieco zdziwiony… em, nie, nie nieco – ale bardzo zdziwiony. Wybałuszyłem oczy i zatrzymałem wzrok na dziewczynie. „Czy oni? … Nie to nie możliwe, przecież…” Skierowałem wzrok na przyjaciela, spojrzał na mnie pytająco, ale jednocześnie uśmiechając się kącikiem. „ Co to ma znaczyć?” Już otwierałem usta, by podzielić się z nimi moimi myślami, ale szybko zrezygnowałem. Wyszedłem z pokoju i pociągnąłem za sobą drzwi, nawet nie szczególnie pilnując, by nie trzasnęły.

Złapałem teczkę z potrzebnymi mi dokumentami, wziąłem do rąk klucze od samochodu i telefon. Wyszedłem z domu, wpakowałem się do pojazdu i pojechałem do urzędu. Cały czas przed oczami miałem ten uśmiech Kastiela, który wskazywał tylko na jedno. „Nic z tego nie rozumiem.” Byłem teraz wściekły nie na niego, ale na samego siebie. Zgodzenie się na nocowanie jej u nas… w takim stanie – to był bardzo zły pomysł! Zacisnąłem mocniej zęby… Ale w końcu, oni są dorośli, to ich sprawa, co robią. Tak, nie powinienem się tym przejmować. „Ich sprawa” Powtarzałem sobie w myślach. Usłyszałem sygnał przychodzącego sms’a. Sięgnąłem po telefon, leżący teraz na siedzeniu pasażera, wiadomość była od Kastiela. Otworzyłem ją szybko i odczytałem lekko zdumiony. [To co widziałeś… Zachowaj to dla siebie. Rozumiesz?]  „A więc jednak.” Ta wiadomość tylko mi wszystko potwierdziła. Stwierdziłem jednak, że dziewczyny także powinny się o tym dowiedzieć, mimo wszystko. W końcu to one zostawiły mi rudą na głowie. Nie, nie zamierzałem im przekazać tego wprost – niech same do tego dojdą. Zaparkowałem na parkingu naprzeciwko najbliższego sklepu i wybrałem opcję „nowa wiadomość.”

 

Violetta:

Dźwięk przychodzącego sms’a uderzył w moje uszy tak mocno, że złapałam się za głowę. Niby dużo wczoraj nie wypiłam, ale jak widać wystarczyło, by przyprawić mnie o ból. Aż strach pomyśleć, jakbym się czuła, gdybym nie wymyśliła tej wymówki z rodziną. Nie było to co prawda zbyt uprzejme z mojej strony, że ich tak masowo… no dobra, powiedzmy wprost – okłamałam, ale jednak musiałam w jakiś sposób szybko się stamtąd zabrać. Podczołgałam się leniwie na brzeg łóżka, wyciągnęłam rękę i zaczęłam macać mój puchaty dywan, w poszukiwaniu telefonu. Złapałam go i przyciągnęłam do twarzy. [Joi nocowała u nas... Sprawy się nieco skomplikowały. Z resztą sama z nią pogadaj, to nie jest rozmowa na sms i lepiej, żebyś się tego dowiedziała od niej, a nie ode mnie… bądź Kasa :)) ] Zerwałam się i usiadłam szybko na łóżku. Wiadomość od Lysa zadziałała jak mocny napój energetyzujący. Nie miałam pewności, czy nocowała u nich z powodu owych „komplikacji”, czy te „komplikacje” nastąpiły później. „Ah ta moja wyobraźnia.” Wstałam z łóżka, wzięłam szybki prysznic, ubrałam się… zjadłam… Nic – czas mijał, a ja miałam coraz większą ochotę pofatygować się pod dom rudej i czekać na nią, aż tylko wróci. Co prawda, myślałam, że uda mi się normalnie poczekać na najbliższą okazję do rozmowy, ale nic z tego. Wierzcie mi lub nie, ale pokręcona główka artystki bywa dość irytująca w niektórych momentach.

W końcu po wypiciu mojej ulubionej herbatki malinowej, stwierdziłam, że zamiast nawiedzać ją przed drzwiami, po prostu do niej napiszę. Aż dziw, że nie wpadłam na to wcześniej. Poklepałam się po tej mojej fioletowej, pokręconej czuprynie i zaczęłam energicznie uderzać w klawiaturę telefonu.

Treść wiadomości zmieniałam kilkakrotnie, w końcu doszłam jednak do tego, że lepiej zapytać wprost. [Joi! Gdzie jesteś? Wiem, że nie nocowałaś u siebie. Chcesz mi coś może wyjaśnić?] Zadowolona, że w końcu napisałam coś normalnego – tak, tak, po co się tyle zastanawiać nad głupim sms’em? A no… nie wiem – kliknęłam przycisk wyślij.

Pozmywałam naczynia po śniadaniu i udałam się do pracowni. Spojrzałam na stos kartek, szkiców i ołówków, walających się praktycznie wszędzie. Jakby nie patrzeć chyba miałam rację, mówiąc wtedy Joi, że u mnie rzeczy wydają się same przemieszczać. Uśmiechnęłam się ze zrezygnowaniem. W końcu kiedyś trzeba pozbierać te wszystkie pierdoły. Złapałam kilka rysunków leżących najbliżej mnie i odstawiłam je na biurko. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk telefonu. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę kuchni, gdzie zostawiłam komórkę, dorwawszy ją do ręki, przyłożyłam ją do ucha.

-Hallo? – odebrałam, starając się wypowiedzieć to słówko z lekkim wyrzutem. Tak, to właśnie Joisan do mnie zadzwoniła. Miałam nadzieję, że mi wyjaśni kilka spraw. A zwłaszcza jedną, po jaką cholerę Lys dodał ten dopisek o Kasie? A może tylko mi się tak wydaje, że to ma jakieś ukryte znaczenie… Zobaczymy.

-Hej – usłyszałam jej niepewny głos, co wcale nie pomagało mi w zgadywaniu, o co tak właściwie chodzi.

-No to może  mi w końcu wyjaśnisz, o co chodzi. Chyba po to dzwonisz, nie? – powiedziałam jej w końcu, gdy zapanowała chwila milczenia.

-Mam do ciebie po drodze, mogę wpaść pogadać?

-Tttak, myślę, że tak. – teraz to ja byłam nieco zmieszana. Czy mi się wydawało, czy ona właśnie chciała obgadać jakąś sytuację? Przecież, to całkowicie nie w jej stylu. Pewnie musi to być coś poważnego. Coś… Wybałuszyłam oczy, na samą myśl, która wpadła mi właśnie do głowy… - Ty chyba nie…

-Zaraz tam będę – przerwała mi i się rozłączyła.

 

 

Joisan

 

„Głupia, głupia, głupia!” Wrzuciłam telefon szybko do torebki. Rozłączyłam się w bardzo złym momencie. Violetta już pewnie wie co nieco, a sposób w jaki przeprowadziłam ta rozmowę, wcale nie pomoże mi w tłumaczeniu się. „Ukatrupię Kastiela, jak tylko go dorwę. Nie daruję.” Zacisnęłam zęby ze złości. Dawno nie wytrącił mnie tak z równowagi.

Autobus w końcu się zjawił, wsiadłam do niego, skasowałam bilet i usadowiłam się na fotelu przy oknie. Violetta mieszka praktycznie idealnie w połowie drogi pomiędzy moim domem, a mieszkaniem chłopaków. Jazda zajęła jakieś dziesięć minut. Wysiadłam z pojazdu i skierowałam się stanowczym krokiem w stronę odpowiedniego domku. Właściwie, to nie  wiem, czym ja się tak wcześniej przejęłam. Nic się nie stało i nie ma co się stresować. Zadzwoniłam do drzwi. Zaraz usłyszałam dźwięk zbliżających się kroków i szczęk zamka. Violetta bez słowa wpuściła mnie do środka. Odwiesiłam torbę na haczyk, ściągnęłam buty, bo moje nogi powoli zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa. Nie dziwię im się z resztą, kto normalny, będąc nieprzyzwyczajonym, tak długo nosi szpilki.

Skierowałam się w stronę salonu, idąc zaraz za przyjaciółką. Usiadłam obok niej, nie byłam już tak zmieszana jak wcześniej, ale ona … zachowywała się jakby jej ktoś krzywdę zrobił i kazał się na siłę bić z własnym umysłem – swoją drogą, ciekawą miała minę, taką nietypową, ciężko to nawet określić. Oparłam się swobodnie o kanapę i spojrzałam na nią, starając się zachowywać najnormalniej na świecie. Otworzyłam usta, by zacząć rozmowę, ale nie zdążyłam wypowiedzieć nawet jednego słowa, bo widocznie ciekawość fioletowowłosej zwyciężyła nad nią.

-Co to za „komplikacja” i dlaczego akurat Kastiel? – wlepiła we mnie swoje oczka, poczułam się nieco nieprzyjemnie, odniosłam bowiem wrażenie, że ona mnie zaraz tym swoim wzrokiem przewierci na wylot. Westchnęłam głośno.

-Żadna komplikacja. Z resztą, kto cię o czymkolwiek poinformował? – opowiedziałam, akcentując wyraźnie wyraz „kto”.

-A więc jednak, jest coś o czym powinnam zostać poinformowana. – tym razem ona użyła tego samego zabiegu, co ja.

-Nie bardzo. Odpowiesz mi na pytanie? – nie miałam ochoty przeciągać tej rozmowy, dowiem się czego potrzebuję. Wyjaśnię jej sprawę i uciekam do domu jak najszybciej.

-Dostałam sms’a o Lysandra.

-A miał mu Kastiel napisać, żeby nie posyłał tego dalej. Zabiję! – wykrzyknęłam. Violetta aż podskoczyła.

-Ccco? „głupia, głupia!” Znowu zrobiłam to samo, muszę zacząć najpierw myśleć, a potem wykrzykiwać swoje uwagi. Przygryzłam język.

-Nie, nic.  – poprawiłam się szybko.

-Nie posyłał czego?„a więc ona nic nie wiedziała?!” Uderzyłam otwartą dłonią w czoło z rezygnacją.

-Wyjaśnisz mi to może w końcu, czy nie? – zapytała już nieco spokojniej. Czy ona wyglądała na zatroskaną? „Sama siebie pogrążyłam, zamiast sprawę szybko zakończyć”. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam jej opowiadać wszystko od momentu, w którym wyszła z klubu… No dobra, większość, którą jako tako pamiętałam.

-(…) No i rano budzę się i patrzę zdziwiona na Lysa. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że przyglądał się mojej osobie leżącej na łóżku Kastiela, który w tym samym momencie, dopinał sobie rozporek w spodniach. A Kas widocznie zauważył jak to wszystko wygląda, bo zaczął się dziwacznie szczerzyć do białowłosego. Oczywiście nie muszę mówić, na co ta cała scena wskazywała? – skrzywiłam się w grymasie. Przyjaciółka złapała mnie za ramiona i szarpnęła mocno.

-Czy wy coś… tego? – spojrzałam na nią z politowaniem, czy ona naprawdę nie złapała tego, co właśnie jej opowiedziałam?

-Violetta, uspokój się. Nie, nic. – zdarłam z siebie jej ręce i kontynuowałam. – Kasa bardzo to rozbawiło i postanowił „poruszyć” wyobraźnię Lysandra. Tak więc, oficjalnie niby my coś – przełknęłam ślinę – ale to tylko do jutra. Obiecał mu to wyjaśnić, jak skończy go to bawić.

-Aha – skwitowała całość Violetta. Po chwili, gdy wreszcie coś do jej fioletowej główki dotarło, zaczęła się śmiać, jakby ją coś nawiedziło. W końcu sama nie wytrzymałam i dołączyłam do niej. Dziewczyna miała naprawdę rozbrajający śmiech. Przydałby mi się czasem taki, żeby rozładowywać nieprzyjemne sytuacje – to naprawdę działa.

Posiedziałam u niej jeszcze ze dwie godzinki, obejrzałyśmy razem jakąś komedię, po czym wybrałam się do swojego domu. Ostatni dzień wylegiwania się. Postanowiłam, że jutro zajmę się szukaniem nowej pracy – kiedyś trzeba, bo jak wszyscy wiemy, pieniądze niestety nie mnożą się same.

 

 

Czas zaufać [Rozdział IV]

-Narzekał na ciebie i – zrobił krótką pauzę – i twój romans – wybałuszyłam oczy i spojrzałam na niego pytająco. „Romans? Wolne żarty… Za kogo on mnie miał?!” – romans z …

-Z kim?! – krzyknęłam już lekko podenerwowana.

-Ze mną. – odpowiedział mi dopiero po chwili. Może to nie był odpowiedni moment, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać i pomimo zdenerwowania, jakie ogarnęło mnie jeszcze kilka sekund temu, wybuchłam śmiechem. – Przyjemne, że cie to cieszy. – usłyszałam jego szorstką odpowiedź na moje zachowanie.

-Przepraszam, nie powinnam.

-Nie zastanawia cię, czemu tak myślał?

Przyglądałam się mu z nieukrywaną ciekawością. Czy on wyglądał, na nieco zmieszanego całą tą sytuacją? Może tak, a może moja główka, która znajdowała się teraz pod wpływem, po prostu sobie znowu coś ubzdurała. Nie byłam pewna, czy mam pytać dalej, czy czekać aż on sam wydusi z siebie kolejne słowa wyjaśnienia. Cisza, która w ciągu ostatnich trzydziestu minut, to nas nawiedzała, to uciekała, postanowiła chyba usadowić się koło nas na dłużej. Jedyne co słyszałam to głośne bicie starego zegara, który wisiał na ścianie nad telewizorem. Skupiłam na nim całą swoją uwagę, śledziłam jego wskazówki, które teraz jak na złość, wydawały się ścigać siebie nawzajem. Minuta, dwie, trzy… dziesięć. I nic. Ani ja, ani Kastiel nie przerwaliśmy tego milczenia. Oderwałam wreszcie wzrok od przedmiotu i skierowałam go na czerwonowłosego. Spojrzał na mnie kątem oka, ale nie odwrócił głowy w moim kierunku.

-Do czego zmierzasz? – Odezwałam się w końcu. Kastiel drgnął lekko, widocznie nie spodziewał się, że będę starała się kontynuować tą dziwną rozmowę. Podrapał się nerwowo, wstał z kanapy i wyciągnął w moim kierunku rękę. Nie wiedziałam, co chce teraz zrobić, dlatego nawet nie zamierzałam się ruszyć.

-No wstajesz, czy nie?  – Obdarowałam go zdziwionym spojrzeniem.  – No chyba nie chcesz spać tu, na kanapie, co? -  Uśmiechnął się na ten swój wredny sposób. Nagle zachciało mu się zapomnieć o tym, co przed chwilą mówił i powrócił jak gdyby nigdy nic, do swojego „normalnego ja”. Poczułam się nieco zirytowana. Poruszył taki temat, że w tym momencie moja głowa buzowała od nadmiaru pytań, na które nie znałam odpowiedzi. A on… Westchnęłam ciężko i położyłam głowę na poduszce.

-Tu jest mi wygodnie.

-Nie wolisz spać na łóżku?

-Nie. – odpowiedziałam krótko i przymknęłam na siłę oczy. Choć w sumie nie byłam ani trochę zmęczona. Poczułam, jak nakrywa mnie kocem, po czym usiadł koło moich stóp i włączył telewizor. – Co Ty robisz? – zapytałam.

-Co powiesz, na jeszcze jeden horror? – Wyciągnął nogi na blat stołu i ułożył się w możliwie najwygodniejszy dla niego sposób. Byłam wkurzona jego zachowaniem. Z resztą, kto normalny by nie był? Nie miałam jednak ochoty na kłótnie, stwierdziłam, że najlepiej będzie teraz zignorować jego osobę i jak najszybciej oddać się w objęcia morfeusza.

Otuliłam się kocem i wpatrywałam w ekran telewizora, w którym co chwila zmieniał się kanał, każdej zmianie towarzyszyło zniesmaczone jęknięcie czerwonowłosego. W końcu zdecydował się na coś i odrzucił pilot na stół. Jedyne co zapamiętałam z filmu, to to, że był to znowu jakiś czarno biały staruszek. Nie lubiłam produkcji tego typu, Kastielowi chyba też nie przypadło to do gustu, bo zanim jeszcze zdążyłam na dobre zasnąć, on już pochrapywał.

 

~~~

 

Usłyszałam cichy dźwięk kroków, niosących się po pomieszczeniu. Byłam jednak na tyle zmęczona, że odwróciłam się na drugi bok, zakryłam głowę poduchą i spróbowałam ponownie zasnąć, starając się ignorować mój organizm, który zaczął domagać się wody, najlepiej gazowanej i schłodzonej. Oblizałam usta na myśl o płynie, który mógłby się w nich znajdować, ale mój wewnętrzny leń, zbyt bardzo dawał mi się teraz we znaki, więc nawet po tym, nie miałam ochoty się podnieść.

Już prawie przysypiałam, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i głos Lysandra.

-Kastiel, idę pozałatwiać parę spra… – urwał, gdy zauważył, że poruszyłam się. Odwróciłam głowę w jego kierunku i wybałuszyłam oczy. Nie spałam tak jak przewidywałam- na kanapie- ale na łóżku, łóżku Kasa. Białowłosy przeszywał mnie dziwnym spojrzeniem. Potem odwrócił się w stronę Kastiela, ja sama zrobiłam to samo. Chłopak stał teraz półnagi i akurat zapinał spodnie. Od razu dotarło do mnie, jak ta scena wyglądała i co mógł sobie biedny Lys pomyśleć. Kilka razy otwierał usta i chciał coś powiedzieć, ale nie usłyszałam żadnego dźwięku. Zanim się obejrzałam, zniknął za drzwiami, te tylko trzasnęły lekko.

Przeszyłam Kasa gniewnym spojrzeniem. –Po co mnie tu przenosiłeś? Przecież mówiłam, że tam mi wygodnie. – odepchnęłam od siebie kołdrę i wstałam z łóżka.

-Źle ci się spało? – odpowiedział najwyraźniej bardzo rozbawiony tym, co się przed chwilą wydarzyło.

-Kastiel, wiesz co on sobie pomyślał?! – warknęłam. Czerwonowłosy zapiął w końcu spodnie, nałożył na siebie pierwszą lepszą koszulę i spojrzał na mnie spokojnie. Ten spokój w jego oczach tylko potęgował moją złość.

-No właśnie wiem – wybuchnął śmiechem. Nie wytrzymałam, podeszłam do niego i podniosłam rękę do góry, chcąc go uderzyć. Złapał mnie jednak w nadgarstku, wbijając przy tym boleśnie swoje paluchy. Pociągnął mnie do siebie, obrócił i posadził na łóżku. Próbowałam się bronić, ale moja siła nie mogła się równać z tym, co on potrafił. – Spokojnie, wszystko mu wyjaśnię…

-Kiedy? – założyłam ręce na klatce piersiowej i mierzyłam go gniewnym wzrokiem.

-Jutro.

-Jutro?! Popieściło cię coś?! Dzwoń do niego, napisz… cokolwiek. – zaczęłam nerwowo wymachiwać nogą. Niby nie było niż strasznego w tym, że Lys wiedział, jeśli się mu to wytłumaczy. Problem jednak leżał gdzie indziej. On mógł skontaktować się z dziewczynami i im o tym powiedzieć, a Iris i Violetta będą już nieco trudniejsze do przekonania. Już teraz widziałam przed oczami ich miny. Skrzywiłam się lekko na samą myśl o tym, jaką serią pytań mnie zaleją, gdy tylko usłyszą choć słowo.

-Nie panikuj, daj chłopakowi trochę pomyśleć. Z resztą widziałaś jego wyraz twarzy. Przyznaj, że wyglądał śmiesznie.- znowu wybuchnął śmiechem. Przypomniałam sobie minę Lysa sprzed chwili. Musiałam przyznać, że wyglądało to dość komicznie, co chwilę otwierał usta… i jeszcze ta pytająca mina. Uśmiechnęłam się mimowolnie. – Sama widzisz. Możemy mieć ubaw z tego powodu. Weź nie zmarnuj takiej okazji.- stanął przede mną i próbował zrobić smutną minę psiaka. Nie wychodziło mu to. Westchnęłam w końcu i pokiwałam głową, na znak, że się na to zgadzam.

-Jutro masz mu wszystko wyśpiewać, kapujesz? Bo inaczej postaram się, żebyś pożałował, jeśli tego nie zrobisz. – zagroziłam mu, przybierając poważny wyraz twarzy. – I napisz mu teraz, żeby ani myślał posyłać jakiekolwiek informacji dziewczynom. – kiwnął głową sięgając po telefon, gdy skończył pisać, odstawił komórkę na biurko i wyszedł z pokoju.

Wstałam z łóżka i powędrowałam do łazienki, w celu ubrania się. Moje ciuchy, na całe szczęście zdążyły już wyschnąć. Nałożyłam je na siebie, po czym podeszłam do lustra. Nie wyglądałam tak źle, jak to sobie wyobrażałam. Spodziewałam się wizyty „mojej czarownicy”, która lubiła mnie odwiedzać po większości imprez, aż dziwne, że dzisiaj nie naszło ją na wizytę. Odgarnęłam włosy z twarzy i stwierdzając, że wyglądam jako tako, ruszyłam do kuchni. Gdy tylko przekroczyłam próg, dostałam do rąk gotowy kubek, pełen kawy z mlekiem. Podziękowałam kiwnięciem głowy i usadowiłam się na kanapie, powoli popijając gorący trunek. W tym momencie nic więcej mi nie było trzeba. Wiedziałam, że gdy tylko wrócę do domu, będę musiała zabrać się za szukanie nowej pracy. „Dlaczego studia musza być takie drogie?” Gdyby nie ten fakt, to właśnie teraz mogłabym spokojnie siedzieć w domu i zakuwać do sesji. Może wydaje się to śmieszne, ale tak – ja wolałam się uczyć, niż pracować. Nauka co prawda bywa nudna, równie bardzo jak praca, jednak przy tym drugim wypadku, trzeba dodatkowo coś robić. A na nieszczęście, moja przemiana w leniwca rozpoczęła się już jakiś czas temu i wcale nie uśmiechało mi się latać i zarabiać pieniędzy na kogoś korzyść.

Z zamyślenia wyrwał mnie tyłek Kastiela, usadawiający się koło mojej osoby.

-No to co robimy, ko cha nie? – uśmiechnął się zawadiacko w moim kierunku. Znowu miałam ochotę mu przywalić, ale tym razem się powstrzymałam.

-Zacznijmy od tego, że nie uśmiecha mi się odstawianie żadnej szopki, więc nawet nie myśl o nazywaniu mnie… – wzdrygnęłam się nieco – no wiesz. – upiłam ostatni łyk kawy, odstawiłam kubek na stolik i kontynuowałam. – Ja się zbieram do domu, a to, co ty masz zamiar ze sobą zrobić, to już twoja sprawa.

-Jak sobie tam chcesz. – wzruszył ramionami i skierował swoją uwagę na elektryczne pudło. Najwidoczniej wyczuł, że prowadzenie dalszej dyskusji nie ma sensu.

Podniosłam się, sięgnęłam po moją torebkę, leżącą przy kanapie i wyszłam z mieszkania, bez nawet jednego słowa pożegnania. Nie wydawało mi się, aby było to konieczne.

Skierowałam się w stronę najbliższego przystanku autobusowego, spojrzałam na rozkład jazdy, po czym na zegarek. Miałam dziesięć minut do najwcześniejszego transportu. Usadowiwszy się na ławce obok jakiejś starszej kobiety – która przeszywała mnie teraz wzrokiem, zatrzymując go najdłużej, na praktycznie całkowicie odsłoniętych nogach – sięgnęłam po telefon komórkowy. Na ekranie widniało osiem nieodebranych połączeń i dwa sms’y, widocznie Violetta aż za nadto się o mnie martwiła. Odczytałam pierwszą wiadomość. [Daj znać jak dotrzesz do domu. ;3]  „Mhum, to ci dałam znać… Pewnie mi to będziesz wypominać, przy pierwszej lepszej okazji”

Otworzyłam drugą wiadomość i automatycznie skrzywiłam się lekko.

[Joi! Gdzie jesteś? Wiem, że nie nocowałaś u siebie. Chcesz mi coś może wyjaśnić?]

 

 

Czas zaufać [Rozdział III]

 

Przebudziłam się w chwili, gdy poczułam, że samochód zaczął delikatnie zwalniać. Nie byłam jeszcze w stanie zbyt wiele ogarnąć, dlatego nie spostrzegłam się, że nie jestem jeszcze pod swoim domem. Wyjrzałam przez okienko i z przykrością musiałam stwierdzić, że na miejsce widniejących na niebie, jeszcze jakiś czas temu gwiazd, wstąpiły spadające ciężko, wielkie krople deszczu. Z zawziętością uderzały o dach samochodu, w rytm jakiejś dziwnej i specyficznej dla nich melodii. Otworzyłam drzwi samochodu i wyskoczyłam z niego w przypływie jakiegoś impulsu.

-Joisan? Co ty wyprawiasz, wracaj do auta! – Usłyszałam głos Lysandra, który mieszał się teraz z szumem towarzyszącym pogodzie. Już po kilku sekundach byłam mokra, rozłożyłam ręce, całkowicie ignorując wołanie, chciałam zatrzymać na sobie jak najwięcej ciepłych kropel. Spojrzałam kątem oka w kierunku jasnowłosego, trzymał się teraz za głowę z widocznym zniesmaczeniem, spowodowanym całą tą sytuacją. Uśmiechnęłam się szeroko i obróciłam kilka razy, w mojej głowie tworzyła się melodia, spływająca z nieba wraz z deszczem.

-No to pięknie, jeszcze tylko tego brakuje. – Zasunął szybę, wyjął kluczyk ze stacyjki i opuścił pojazd. Przycisnął jeszcze guzik przyczepiony do breloka, na co maszyna odpowiedziała mu podwójnym, krótkim dźwiękiem. Gdy upewnił się, że auto jest bezpieczne, odwrócił się na pięcie i zaczął zmierzać w kierunku mojej osoby, w najlepsze tańczącej sobie na środku ulicy. Zza jego pleców wyłonił się Kastiel, szedł szybciej i był zirytowany do granic możliwości. Chwiał się lekko na nogach, ale nie zważał teraz na to. Wyprzedził białowłosego i stanął przede mną z miną, jakby miał mnie zabić wzrokiem. Zaprzestałam mojego śmiesznego występu i jakby strzelona piorunem, natychmiast się ogarnęłam, uświadamiając sobie, że odwalam teraz jakąś szopkę. Podniosłam swoje oczy na jego twarz i czekałam na reakcję. Lys, stanął zaraz za nim i już chciał wyciągać rękę, aby odciągnąć czerwonowłosego ode mnie, ale Kas w ostatniej chwili chwycił mnie za ramię. Zrobił to tak ostro, że jęknęłam lekko z bólu. Pociągnął mnie za sobą pod drzwi domu, w którym mieszkali.

Czułam się w tej chwili całkowicie bezwładna, co prawda świadomość do mnie całkowicie wróciła (o ile jest to możliwe po wypiciu takiej ilości drinków), ale nie potrafiłam się ruszyć, mając zaraz przed sobą jego twarz. Wpatrzyłam się w jego ciemne oczy, ziejące w moją stronę gniewem.

-To nie było konieczne wiesz?! – wydarłam się w końcu na niego, przerywając ciszę. Obdarzył mnie kolejnym, zimnym promieniem wydostającym się z jego tęczówek, przeniósł swoje ręce na moje ramiona i przyparł mnie twardo do ściany. Moje serce zaczęło automatycznie szybciej bić, byłam – nie ukrywając, bardzo przerażona. Wiedziałam w końcu, co potrafi Kas, gdy jest pod wpływem. Schyliłam głowę w dół i przymknęłam oczy czekając na potencjalny atak.

-Kas! Zostaw ją. – dobiegł do mnie krzyk Lysa. Podniosłam szybko głowę i spojrzałam w tamtą stronę proszącym wzrokiem. Kastiel nie zwracał na niego najmniejszej uwagi i dalej wpatrywał się we mnie ze złością, przynajmniej tak sądziłam. Ponownie uniosłam na niego wzrok, ale o dziwo nie widziałam w nich już tej nienawiści, co sprzed kilku sekund. Jego mina stała się dla mnie teraz nieco niezrozumiała, brwi wskazywały na to, że jest wściekły, ale oczy… ich wyraz całkowicie się zmienił. Przez chwile nawet miałam wrażenie, że był… smutny? Jednak gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, on szybko się ode mnie odwrócił i założył ręce na klatce, zachwiał się na nogach, ale zanim zdążył wywinąć orła, udało mu się złapać pion.

-Co to miało znaczyć?! – Dorwał się do niego jasnowłosy. Kastiel odburknął mu coś niezrozumiale pod nosem, odwrócił się i wymijając mnie tak, jakby mnie w ogóle tam nie było, zniknął za drzwiami zostawiając mnie z wybałuszonymi oczami i otwartymi ze zdziwienia ustami. Lys odprowadził go równie zdziwionym wzrokiem, po czym podszedł do mnie.

-Dlaczego wysiadłaś z samochodu, hmmm? – Spojrzał na mnie gniewnie.

-Przepraszam, nie wiem. – odpowiedziałam krótko i powędrowałam oczami na moje przemoczone buty, próbując ukryć się przed nim w miarę możliwości. Chwilę staliśmy w milczeniu, a ja cały czas czułam na sobie jego wzrok. – Czy… – zaczęłam nieśmiało. – Czy mogłabym się u was zatrzymać na noc? – w odpowiedzi usłyszałam jego głośne i zrezygnowane westchnięcie.

-I tak musisz się wysuszyć. – skwitował i zniknął za drzwiami. Nie wiedziałam, czy wypada, ale chyba i tak nie miałam lepszego wyboru, jak podążyć za nim. Weszłam do mieszkania, ściągnęłam przemoczone buty i skierowałam się w stronę kuchni. Na kanapie, po prawej stronie pomieszczenia siedział nieobecny Kastiel i skakał pilotem po kanałach. Cały czas miałam w głowie to wydarzenie sprzed kilku minut. „Co to w ogóle miało znaczyć?” To pytanie mieszało mi się w głowie wraz z szumem spowodowanym alkoholem. Przyglądałam mu się z zaciekawieniem, po czerwonych włosach spływały leniwie krople wody, wyniesione z zewnątrz. Nie widziałam jego twarzy, bo usiadł w taki sposób, że kosmyki całkowicie ją zasłoniły. Mimo to uparcie starałam się zgadnąć, co maluje się na jego twarzy. Musiałam dość długo się na niego gapić, bo Lysander zdążył się w tym czasie przebrać w suche ubranie. Gdy tylko usłyszałam, że się zbliża, oderwałam wzrok od ciemnookiego i zrobiłam kilka kroków w jego stronę.

-Mam nadzieję, że spanie na kanapie w pełni cię zadowoli. – powiedział, nawet nie starając się tworzyć miłej atmosfery. Wiedziałam, że tylko im teraz przeszkadzam, co sprawiało, że miałam ochotę zabrać swoje rzeczy i jak najszybciej dotrzeć do domu, chociażbym miła iść na nogach przez całą drogę, nawet nie zważyłabym na deszcz… byle by się stąd ulotnić. Niestety nie byłam w stanie, bo chwiałam się na boki, jak typowa „bańka wstańka”. Kiwnęłam przytakując i uśmiechając się blado. – Pozwolisz, że ja położę się już spać, jutro musze załatwić kilka spraw związanych ze sklepem. Obsłuż się, wiesz gdzie co znaleźć, a jeśli nie to szukaj. Tylko… nie zdemoluj tu niczego. – każde jego słowo docierało do mnie, tak jakby był on moim ojcem i właśnie karcił swoją niemyślącą córkę. Ponownie przytaknęłam, nawet nie próbując mu tłumaczyć, że nie jestem dzieckiem, choć miałam na to ogromną ochotę. Wręczył mi do ręki ręcznik i zniknął za drzwiami swojego pokoju.

Już miałam kierować się do łazienki, aby się nieco odświeżyć, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam nic suchego co mogłabym na siebie założyć. Nie chciałam już więcej drażnić Lysandra, żeby nie pogorszyć mojej sytuacji. Spojrzałam w kierunku kanapy, na której miałam spać, i którą aktualnie zajmował Kastiel. Nie bardzo miałam ochotę to robić, ale innego wyjścia z tej sytuacji nie było. Powiesiłam ręcznik na klamce od drzwi łazienkowych, przełknęłam ślinę i podeszłam do chłopaka. Stanęłam przed nim i zaczęłam się na niego nerwowo gapić. Podniósł głowę i spojrzał na mnie pytająco.

-Czego chcesz? – usłyszałam po jakimś czasie jego niecierpliwe pytanie.

-Ja, emmm – poczułam jak ślina staje mi w gardle, uniemożliwiając swobodne wypowiedzenie się, dodatkowo nie wiedziałam nawet, w jaki sposób mam go poprosić o cokolwiek.

-No słucham cie, chyba nie zamierzasz się tak na mnie gapić całą noc? – odezwał się ponownie.

-Ja nie mam nic suchego, co mogłabym na siebie założyć. Emmm – pomasowałam nerwowo kark. – Czy mógłbyś mi coś poży…

-Spoko. – przerwał mi w pół słowa. Nie ukrywałam w tym momencie swojego zdziwienia. Stanęłam jak wryta i kontynuowałam gapienie się na jego osobę. Widocznie musiałam zrobić bardzo dziwną minę bo zaśmiał się pod nosem. Wstał z kanapy i skierował się do swojego pokoju. Po kilku minutkach wrócił do mnie.

-Trzymaj, chyba nie powinna być za krótka – stwierdził i podał mi czarną, szeroką koszulkę z nadrukiem.

-Dzięki – uśmiechnęłam się niepewnie i chcąc czym szybciej uciec od jego towarzystwa skierowałam się w stronę łazienki.

Złapałam ręcznik, który wyładował na podłodze, zapewne zsuwając się z klamki i weszłam do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdowały się jedynie niezbędne rzeczy. Powiesiłam bluzkę i ręcznik na haczykach i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Miałam lekko przekrwione oczy i mocno nietrzeźwy wyraz twarzy. Zachwiałam się delikatnie, ale szybko wróciłam do pionu opierając się lekko o umywalkę. Po chwili rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Odkręciłam tylko zimną wodę, chcąc jak najszybciej przywrócić się do normalności. Chłodne krople opadały na mnie, zmywając z mojego ciała ciężar dzisiejszego wieczoru. W głowie cały czas pojawiał mi się jeden obraz – tych jego smutnych oczu. Co prawda na początku nie miałam pewności, czy przypadkiem mi się nie przewidziało, ale w tej chwili byłam całkowicie przekonana, że mój wzrok nie spłatał mi figla. Pytanie tylko, dlaczego? Dlaczego tak na mnie przez ten ułamek sekundy spojrzał. Chciałam się tego dowiedzieć, tyle, że nie miałam zielonego pojęcia, w jaki sposób to zrobić. Oparłam ręce o ściankę kabiny i uniosłam głowę do góry, aby woda otrzeźwiła nieco moją twarz.

Po kilkudziesięciu minutach wyszłam w końcu z łazienki. Koszula wisiała na mnie luźno, zakrywając jedynie połowę moich pośladków, ale musiało mi to w zupełności wystarczyć. Skierowałam się do salonu, o ile w ogóle mogłam to nazwać salonem. Ich kuchnia i pokój dzienny znajdowały się w tym samym pomieszczeniu, nie było nawet zbytniej granicy pomiędzy nimi, bo jedyny stół, na którym jedli stał naprzeciwko kanapy.

Kastiel nadal siedział w tym samym miejscu co wcześniej. Podeszłam bliżej i spostrzegłam, że przyniósł dodatkową poduchę i koc. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym usadowiłam zadek na miejscu obok niego. W telewizji leciał teraz jakiś horror, nie wyglądał na zbyt straszny, był raczej starej produkcji, a jak wiadomo, takie filmy nie zawsze potrafią zrobić dobre wrażenie, zwłaszcza jeśli chodzi o ten gatunek. Gdy tylko usadowiłam się koło niego, wyciągnął do mnie rękę, trzymając w niej pilota.

-Chcesz? Właściwie to i tak nie ma nic ciekawego, ale może akurat coś znajdziesz. – wybałuszyłam lekko oczy. Jego zachowanie dzisiaj naprawdę mnie dziwiło. W mojej głowie wszystko zbiegało się w jedno i tłumaczyłam to sobie tylko tym, że za dużo wypił i nie bardzo wie co robi.

-Może być to co jest. – odpowiedziałam i otuliłam się kocem, leżącym jeszcze chwilę temu obok mnie.

Oglądnęliśmy praktycznie cały film w ciszy. Czasem tylko spoglądałam na Kastiela, wciąż mając przez oczami te jego smutne tęczówki. Sama też ze dwa razy czułam na sobie jego wzrok, ale starałam się to ignorować i nie ryzykowałam odwróceniem głowy w jego kierunku, byle by tylko nasze spojrzenia się nie spotkały. „Joi, co ty tak właściwie teraz wyprawiasz? Ubzdurałaś sobie coś i teraz mieszasz sobie tylko w głowie. Czas wytrzeźwieć…”

Zaczęłam już przysypiać, dlatego przewróciłam się na bok i wtuliłam głowę w miękką poduchę. Jednak nie zdążyłam nawet przymknąć oczu, bo w tym samym momencie odezwał się czerwonowłosy.

-Wiesz dlaczego wtedy to zrobiłem? – uniosłam głowę w jego kierunku, nie bardzo wiedząc co ma teraz na myśli.

-Wtedy? – spytałam w końcu, nie mogąc wytrzymać tej chwili ciszy.

-Tamtego wieczoru, kiedy porysowałaś samochód Lysa, sądząc, że należy do mnie.

-P… przepraszam, zrobiłam to impulsywnie, naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło. – odparowałam szybko i schowałam głowę w poduchę.

-Nie w tym rzecz, z resztą to nie mnie powinnaś przepraszać. – ponownie uniosłam lekko głowę, ale tym razem nie patrzyłam już w kierunku Kastiela. – Chodzi mi raczej o to, dlaczego ja zrobiłem wtedy to co zrobiłem.

-Teraz to już nie istotne. – powiedziałam wpatrując się w lecące na ekranie telewizora napisy końcowe.

-A mi się wydaje, że jednak istotne. Zapewne nie pytałaś swojego chłopaka, dlaczego ode mnie wtedy dostał, co? – nastała chwila ciszy.

-Nie jestem już z nim.

-Eem? – poczułam na sobie jego spojrzenie. Tym razem odwróciłam głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Kastiel zamrugał kilka razy nieco zdziwiony, po czym szybko odwrócił się w drugą stronę. – Nie istotne. – powiedział po kilku sekundach. – Tego wieczoru słyszałem jak rozmawia z kilkoma znajomymi.

-No i co w tym złego? Przecież miał do tego prawo.

-Nie jesteś ciekawa co mówił? – nie odpowiedziałam na to pytanie. Właściwie to nie wiedziałam, dlaczego tamtego wieczoru nie wypytałam Eryka o to, co się naprawdę wydarzyło, przecież w normalnym wypadku, moja ciekawska natura dała by o sobie znać. Czemu wtedy się tak nie stało? Podniosłam się do pozycji siedzącej. Cisza znowu zaległa w całym domu, zrobiło się tak spokojnie, że gdy napisy końcowe się skończyły i włączyły się głośno reklamy, podskoczyłam ze strachu. Złapałam szybko pilot i wyłączyłam telewizor.

-A więc? Co wtedy powiedział? – zapytałam w końcu, czując, że bez tego nie otrzymam odpowiedzi.

-Narzekał na ciebie i – zrobił krótką pauzę – i twój romans – wybałuszyłam oczy i spojrzałam na niego pytająco. „Romans? Wolne żarty… Za kogo on mnie miał?!” – romans z …

-Z kim?! – krzyknęłam już lekko podenerwowana.

-Ze mną. – odpowiedział mi dopiero po chwili. Może to nie był odpowiedni moment, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać i pomimo zdenerwowania, jakie ogarnęło mnie jeszcze kilka sekund temu, wybuchłam śmiechem. – Przyjemne, że cie to cieszy. – usłyszałam jego szorstką odpowiedź na moje zachowanie.

-Przepraszam, nie powinnam.

-Nie zastanawia cię, czemu tak myślał?